Przerwał i oczyma wzniesionymi ku sklepieniu śledził ruch dymów... Wysnuwały się leniwo podwójną kolumną z ołtarza i trójnoga i łączyły się pod stropem w kształt łuku...
Wierusz zatknął sztylet za pas i biorąc po kolei czarę pełną wody, trójząb Paracelsa, pióro orle i szpadę, tak kończył formułę zaklęcia:
— Aniele o oczach zamarłych, posłuchaj mnie lub odpłyń z tą świętą wodą!
Wężu ruchliwy, przepełznij do mych stóp lub bądź dręczony ogniem świętym i ulotnij się wraz z wonnościami, które tutaj spalam!
Orle spętany, usłuchaj tego znaku lub cofnij się przed tym podmuchem!
Byku skrzydlaty, pracuj lub powróć na ziemię, jeśli nie chcesz, abym cię przekłuł tą szpadą!...
Niechaj woda powróci do wody, ogień niechaj płonie, powietrze wiruje, niechaj ziemia padnie na ziemię przez moc pentagramu i w imię tetragramu153 wpisanego w środek świetlistego krzyża!...
Dymy drgnęły, zakołysały się, skłębiły... Z łuku arkady wydzieliła się przeźrocza jak tiul kurtyna i stoczywszy się w dół, odcięła niszę od reszty podziemia. Za nią poszła druga, trzecia, czwarta... Zasunęły się kolejno poza siebie warstwami, aż utworzyła się z nich gęsta, mlecznobiała zasłona, poza którą znikła wnęka z tapczanem i leżący na nim człowiek.
Mag dmuchnął na powierzchnię wody w czarze, wsypał dwie szczypty soli i zanurzywszy w roztworze pęk gałązek jesionu, barwinku i szałwii, pokropił nim ołtarz wśród szeptu słów rytuału:
— Niech od tej soli oddalą się stwory żywiołu, by była solą niebiańską, by zachowała dusze i ciała nasze od wszelkiej zmazy i zepsucia i użyczyła nadziei naszej skrzydeł do lotu.