Twarz gościa skrzywiła się w złośliwy grymas; z ust wyszedł po raz pierwszy głos drewniany, bez dźwięku:
— Tak sądzisz? Ja myślę inaczej. Jestem Tempus12.
— Domyśliłem się. Witaj, Saturnie13! Czemu zawdzięczać mam twoje przybycie?
Gość odsłonił w uśmiechu parę bezzębnych dziąseł:
— Szukasz mnie od pewnego czasu. Więc jestem.
— Ciebie... nie ma. Jesteś urojeniem.
— Ucieleśniłem się, jak widzisz. Ludzie zbyt długo mówili o mnie, przeto przybrałem ciało. Wywabiono mnie z niebytu.
— Możliwe. Lecz ten strój? Trochę za staromodny. Trącisz myszką, mój kochany.
— Nic nie szkodzi. Zwykła sztywność zakrzepłej alegorii. Zresztą może ludzkość przyoblec mnie w nowe szaty. Czas nawet po temu najwyższy. Te łachmany już mi się sprzykrzyły. Wyglądają na anachronizm.
Tu szarpnął pogardliwie połę mocno już przetartej togi.