Tego wieczora, w przeddzień odjazdu siedziałem z dziećmi w izbie, wszyscy troje z zadumą patrząc przez okna na zachód, co po łanach się płożył.
Był krwawy i smutny. Miedziane smugi światła jesiennego leżały na polach żałobą agonii, zimne, przejęte chłodem nocy, bezsilne...
W sadzie zacichło nagle, szemrały nasennie jesiony, ćwierkały świerszcze... Zaparło dech światu... Chwila naprężenia...
Leniwym przerzutem zwracam spojrzenie na kaprys ściany.
— Trzeba to uzupełnić... uzupełnić...
Ogarnia mnie czułość. Jestem dobry i łez pełen.
— Jerzy! Pójdź tu, dziecię!...
Usiada mi na kolanach ufny, wdzięczny... Musiał odczuć szczerość w głosie... Moje ręce gładzą jasną główkę syna, z wolna obejmując szyję...
— Tato!... Nie ściskaj tak mocno! Ta-a-t...
Zacharczał...