— Mąż punktualnie o ósmej wieczorem. Ja, o ile nie jestem znużoną, czytam jeszcze przez godzinę. O dziewiątej bywam już w łóżku.
— O której wstaje mąż?
— Punktualnie o ósmej rano. Ja zwykle wstaję wcześniej, koło siódmej, by przygotować śniadanie.
— Czy nie odstąpili państwo kiedy od tej reguły?
— Od czasu dziesięcioletniego małżeństwa ani razu, pod tym względem Stach jest nieubłagany.
— Hm... Czy nie zastanawia trochę ta nieugięta niczym punktualność!? Równo dwanaście godzin snu i znów dwanaście godzin stanu jawy.
— Istotnie, w pierwszych latach naszego pożycia było mi trochę trudno nagiąć się do tego trybu, lecz z czasem przyzwyczaiłam się.
— Wspomniała pani, że ręce męża podczas snu są zwykle lodowo zimne. Czy nie dostrzegła pani innych jeszcze objawów?
Ostatnie pytanie było widocznie bardzo niemiłe, przypominając coś, o czym by się chciało zapomnieć.
Po chwili wahania odpowiedziała: