Stachur szarpnął się, lecz wymierzona wprost w piersi lufa rewolweru poskromiła go.
— Ha! — syknął przez zęby. — Kto ty jesteś, podły zdrajco?!
Wymieniłem swoje właściwe nazwisko.
Na dźwięk imienia Stachur wpił we mnie badawcze spojrzenie i nagle zrozumiał.
— Łotr, podlec, pan doktor! — mruknął, pieniąc się z wściekłości. — Także eksperymentator! Tej samej nędznej sorty104, co ten w łóżku, jego uczeń! Puść mnie, bo narobię hałasu!
— Nadaremnie grozisz: teraz i tak nie obejdzie się bez skandalu.
— Puść mnie na wszystko święte! — jęknął, zmieniając ton. — Gdy się zbudzi, zabije mnie!
— Bądź spokojny. Nie mogłem tylko dopuścić do zbrodni. Musimy czekać.
Gdy domawiałem tych słów, drzwi od salonu odemknęły się i w progu stanęła z bronią w ręku blada jak ściana pani Wanda.
— Proszę się niczego nie obawiać — uspokoiłem ją. — Jest w moim ręku. Zaczekamy do godziny ósmej.