Gdzie on teraz, co robi? Może wciśnięty w kąt przyległego pokoju uśmiecha się jak wtedy? A może gra Sary zgalwanizowała na chwilę i ten łachman człowieczy? A wtedy? Jakaż bezdeń rozpaczy skowyczeć musi w tych resztkach człowieczych!
Jak podrzucony zerwałem się z miejsca i kładąc rękę na klawiaturze, krzyknąłem:
— Dosyć! Chcę widzieć Stosławskiego! Natychmiast!
Sara zaskoczona znienacka wyprostowała się dumnie, mierząc mnie spokojnie oczyma:
— Nie zobaczy go pan.
— Muszę! Rozumie pani — muszę! Dzisiaj, zaraz! W przeciwnym razie...
Lecz nie dokończyłem groźby, bo w tymże momencie szatę Sary zalał szkarłatny odblask, że stanęła przede mną jakby w płomieniach.
— Co to? — zawołaliśmy równocześnie, zapominając o wszystkim.
Oczy nasze skierowane bezwiednie w okno dojrzały spoza szczytów drzew parkowych krwawą łunę pożaru.
Z dali dolatywał już stłumiony przed chwilą przez muzykę gwar zmieszanych głosów i krzyków.