Do pańskiej komnaty wszedł srebrnowłosy majordomo80, czystej krwi hidalgo81, przyjaciel i sługa. Oddawał klucze:

— Czy mam przyzwać szatnego, señor82?

— Nie trudź się, mój stary: tej nocy spać nie będę.

Skłonił się, już wyszedł.

Hrabia zagłębił się w pysznym, mahoniowym karle83. Przed nim na trójnożnym stoliku jakiś stary, mistyczny traktat — barwne inicjały. dziwaczne arabeski. Z pożółkłych kart foliału wieje odrębna, swoista woń; może wspomnienie dawnych, wielkich chwil. Droga, cenna księga, spuścizna chrobrych84 dziadów!...

Zadumał się nad zgasłą Savadrów sławą, zapamiętał — on, ostatni z rodu...

Rycerscy byli, piękni byli — Chrystusa witezie85! I sam był podobny, gdy w świetnej kolczudze, w okolu86 krasnych87 giermków wprowadzał ją w te progi, ją, dumną Biankę Bradera, szczodrą i wyniosłą panią. Dziś starzec oszreniały wiekiem i sam bez potomka... Savadrów ród!... perła Andaluzji, kortezi kraju, wielkie serca, tęgie dłonie! I wiary zaszczyty. Żaden nie splamił się herezją, żaden nie zgasł na wygnaniu, nie zetlał w ogniu autodafe. Dwóch zamknęło się w skalnym ustroniu, gdzie wiedli żywot błogosławionych. Po śmierci Kościół uznał jako świętych. A wiara ich była silna, gorąca: tak tylko wierzyć umie namiętny duch Hiszpana...

...Może i zbyt pogardzali ciałem, może... To prawda, że ku końcowi marnieli w oczach, nikli z fatalną szybkością. Niegdyś tak płodny, rozrosły potężnymi odnogi88 ród w przeciągu lat kilkudziesięciu skarłowaciał do szczętu. I oto na nim wysilił się rozrodczy pęd ostatnim pokotem i skonał...

Powiódł znużonym okiem po galerii antenatów; przechodził z wolna twarz po twarzy. Po raz pierwszy może uraził go kontrast między rzędami górnymi a końcową odroślą. Tam — rysy męskie, o szerokim rozmachu, piersi jak puklerze, u dołu — głowy dziwnie wysubtelnione, oczy zawleczone mgłą przeduchowienia pociągłe owale ascezy...

Zatrzymał wzrok u samego spodu i długo, długo wpatrywał się w wizerunek przedostatni: Olivareza, brata — przyjaciela.