Więc i poniechała177.
A wiedział bez pochyby! Coś było między nimi, jakiś się supeł nieludzki zawęźlił w osierdziach i sczepił obu tajną pętlicą, której końców nie wydoliła178 zachwycić179. Wonton potrzebował Ostapa; łaknął jego beztroski, szydnego180 śmiechu i — dziwna — jakoby rad słuchał bezbożnych natrząsań.
Wtedy, zdało się, nabierał otuchy; odchodził, tajał stęgły181 na czole ból, marniał wieczny lęk leżący się w oczach.
Tak było na małą chwilę. Za jakiś czas znów wyczołgiwała się z przeklętej nory zgryzota i zapuszczała w duszę drążące zagony. Na ostatek począł pić.
Pił dużo, łapczywie, jak na śmierć i jakoś nie mógł upić się ni razu; rankami wracał w obejście trzeźwy jakby nic i ruszał w pole na robotę, chmurniejszy jeno niż wczora i głębiej pochylon ku ziemi.
Tak i przekociło się z pół roku: ziemia odjęłaś182 lodowatej obieży183, prześcigła wiosenka, ładziłoś184 na drogę lato miłościwe...
Pod zmierzch na wodopój zalatywały z dolin, łąk, wygonów pośpiewy dziewuch, parobów, gdy do dom od dziennych mozołów pilili185, poryki stad.
Rodzic Hanczyny dostatnią oborę dzierżył, że dziewce ponierazu186 przychodziło się dobrze nagonić, nakrzyczeć, nim to z pastwiska w obejście zawróciła. Litował się jej umęczeniu Wonton i nieraz, bywało, od roboty wolniejszy zachodził w parów i pomagał spędzać kierdel187 w opłotki.
Tak ci się i dziś przygodziło188. Że już pora była zawracać do domu, przytknął do warg ligawkę i smutna dumka poniosłaś189 po rosie wieczornej.
Gdy już rozwiały się ostatnie pogłosy, skądś zza wzgórzy, pagórów przewąkroniłoś w lewadę...