Przyszedł moment, gdy przed oczyma duszy rozwinęła się druga, nie mniej wyrazista panorama: błyskawiczny skrót całego życia, ujęty w formie zwięzłej, boleśnie plastycznej rewii.

W konturach ostrych, mocno zarysowanych, przesunęła się wizja samotnego domu na rozstajach dróg, kuźnia, postać „ojca”, oschła sylwetka doktora Będzińskiego, słodkie profile Krystyny, Ludwiki... Zapatrzone w przeszłość spojrzenie przemierzyło lotem myśli przebytą przestrzeń i zatrzymało się znów na tej, której biedne serce trzepotało się jak ptak śmiertelnie raniony na jego piersi. Po raz ostatni spotkały się ich oczy; jego — zamyślone i pogodzone ze śmiercią, jej — zwątpiałe i brzemienne pytaniem:

— Więc przecież oni silniejsi od ciebie, ukochany?

Zrozumiał spojrzenie i odpowiedział:

— Nie, Rumi. To my jesteśmy silniejsi, my wychodzimy zwycięsko. Oboje rzuciliśmy wyzwanie losowi i oboje przez śmierć wyzwalamy się z jego nienawistnych pęt. Miłość nasza jest mocniejsza niż zgon, mocniejsza niż złe siły, które władają tą wyspą. Umieramy razem i razem przejdziemy w dziedziny zaświatów. Nic już nas nie rozdzieli.

Uśmiechnęła się błogo i nagle uspokojona złożyła cicho głowę na jego ramieniu. Objął ją mocno wpół i przytulił do siebie. I tak już przetrwali do końca.

A koniec zbliżał się nieubłaganie. Ustały podziemne wstrząsy, grunt przestał falować i zelżały erupcje. Tylko wielka, ponura zorza wulkanu rozświetliła niebo, ziemię i morze. Przy tym upiornym oświetleniu ujrzeli, jak łańcuch gór wraz ze szczytem Rotowerą powoli obniża się ku poziomowi oceanu; podważona w posadach swych wyspa zapadała sę pomału w głębiny wielkich wód. Nastała ogromna, przedśmiertna cisza. Blask zorzy stopniowo przygasał i znów brała górę zielonawa poświetl księżyca.

Gniewosz i Rumi przywarli do siebie ustami. Woda sięgała im już po piersi. Po chwili wir wodny porwał oboje splecionych i zepchnął w dół...

Gdy nad ranem wstało słońce w złotej chwale, nie zastało już wyspy Itongo na powierzchni oceanu. Znikła na zawsze w odmętach wodnej pustyni.

Przypisy: