— Nie bądźcie dzieckiem, panie Mateuszu! Podwieziecie nas na kilometr od tego miejsca i zaczekacie.

Ale pan Mateusz uparł się i na trzecim kilometrze zatrzymał wóz definitywnie. Po długich pertraktacjach stanęło na tym, że panowie pójdą sobie dalej sami, przenocują w Bańkowej Woli, jeśli tak im się podoba, a on, Mateusz, przyjedzie po nich nazajutrz rano i zabierze ich z powrotem z tego miejsca, w którym teraz z wozu wysiedli. Radzi nieradzi puścili się piechotą ku majaczącej przed nimi zagrodzie, podczas gdy woźnica, zaciąwszy konie, skwapliwie pomknął na nocleg ku najbliższemu przysiółkowi, oddalonemu o dobre trzy mile.

Koło siódmej wieczorem „ekspedycja” weszła do wnętrzu nawiedzonego domu. W jednej z izb na prawo znaleziono resztki suszu i zapalono nim w piecu, bo noc zapowiadała się wyjątkowo chłodna. Po kolacji Janek Gniewosz, dziwnie niespokojny od chwili przekroczenia progu domu, zapadł samorzutnie w głęboki trans. Będziński i Przysłucki ułożyli go na zarzutkach pod jedną ze ścian i podnieceni nerwowo czekali na rozwój objawów.

Wystąpiły niebawem w tempie szybkim, dramatycznym. Z ciała śpiącego chłopca zaczął wywiązywać się silny młecznobiały wysiąk, z którego po paru minutach wyodrębniły się dwa wyraźne kształty ludzkie. Poznali je zaraz; była to postać ponurego mężczyzny, tak uparcie powracającego w czasie seansów warszawskich, i fantom jednej z jego towarzyszek: jednej z dwóch sióstr, zdaje się młodszej, jasnowłosej.

Pożerali się wzajemnie oczyma, w których tlała żądza. Duszna, ciężka atmosfera zmysłów napełniła wnętrze. Kobieta obnażyła pierś jedną, soczystą jak dojrzały owoc gruszy, i nęciła go ku sobie. Przywarł do niej ustami i objąwszy ją wpół, zaczął zdzierać z niej suknie. Wtedy drzwi od sieni odchyliły się i weszło widmo czarnowłosej. Skokiem pantery przyskoczyła do nich i zadała rywalce cios tak silny pięścią, że tamta zatoczyła się pod ścianę. Mężczyzna chciał jej przyjść z pomocą, lecz czarna zastąpiła mu drogę, piorunując spojrzeniem. Chwilę trwała niema walka. Zwyciężyła kobieta; w poczuciu winy spuścił oczy pod palącym wzrokiem zdradzonej...

Powoli kontury tragicznej trójki zatarły się, zmieszały i zbite w jeden kłąb wsiąkły z powrotem w ciało śpiącego.

— Byliśmy prawdopodobnie świadkami sceny wiarołomstwa małżeńskiego — rzekł Będziński.

— Która rozegrała się w tym domu może przed wiekami — uzupełnił uwagę Przysłucki.

— Bardzo być może. Lecz zdaje się fantomy nie wypowiedziały nam jeszcze swego ostatniego słowa. Słyszysz?

Z piersi Janka wydobył się przeciągły jęk.