Wyprawa do Bańkowej Woli stanowiła punkt zwrotny w ewolucji mediumizmu u Gniewosza. Po powrocie do Warszawy przestały zjawiać się w czasie seansów fantomy trojga związanych tragiczną tajemnicą ludzi, jakby na dowód, że misja Janka w stosunku do nich skończona. Natomiast rozwinęła się inna kategoria objawów. Rodowód ich był nieuchwytny; wyglądały na wytwory fantazji śpiącego, na kapryśne wykwity pierwotnej, puszczonej samopas wyobraźni. Charakterystyczną cechą była ich malarskość. Jakieś gnomy brodate, pokraczne chochliki, fauny, koźlce, dziwożony, strzygi z dwuznacznym uśmiechem na pyzatych twarzach. Postacie tego „bractwa dziwnego nabożeństwa”. Jak je nazywał Będziński, występowały bądź w pojedynkę, bądź w najrozmaitszych kombinacjach i zespołach. Gdy medium było usposobione, wytwarzały się istne korowody tych widm, które w takt niedosłyszalnej muzyki rzucały się w taneczne pląsy. Kiedy indziej grały między sobą w „chowanego”. Roześmiane jak leśne łobuzy, skrzaty i boginki kryły się po kątach „gabinetu”, właziły za kotarę, wyzierały figlarnie spoza firanek i draperii lub przekomarzały się nawzajem, przebierając palcami niby pistonami klarnetu na nosach.

Będziński widział w tym wszystkim tylko projekcje wyobraźni Janka, w których pobrzmiewały echa zasłyszanych w dzieciństwie ludowych klechd i opowieści. Przysłucki, stały uczestnik tych seansów, był nieco odmiennego zdania. Według niego podłoża tych zjaw należało szukać w świecie żywiołów przyrody, w czymś bardziej realnym niż kapryśna gra fantazji.

W każdym razie Gniewosz wchodził niedwuznacznie w nową i nadzwyczaj ciekawą fazę teleplastii10.

Obfitość i nasycenie wydzielanej z jego organizmu ektoplazmy były tak wielkie, że umożliwiały Będzińskiemu szczegółowe zbadanie jego składu chemicznego. Substancja o charakterze galaretowatym miała barwę szarobiałego śluzu, który pod mikroskopem przedstawił się jako połączenie pierwiastków wchodzących w skład ciała ludzkiego, ale w stanie koloidalnym11. Teleplastia polegała zatem jakby na dwóch momentach; jednym z nich był proces „rozpuszczania”, dezagregacji12, i „uźrocznienia13” ciała fizycznego medium, drugim proces ponownego scałkowania i konsolidacji, lecz w kształt odmienny. Gniewosz postępował jak rzeźbiarz — tylko materiałem, z którego stwarzał swe kreacje, była nie glina, lecz jego własne, w tajemniczy sposób przeobrażone ciało. Taki był pogląd Będzińskiego.

Natomiast Przysłucki uważał tzw. teleplazmę14 wysiąkającą z organizmu Janka za substancję sui generis15, pół fizyczną, pół eteryczną, związaną wprawdzie z ciałem fizycznym, lecz od niego odrębną i swoistą, która w transie oddzielała się w postaci wysiąku i podlegała kształtotwórczej woli marzącego medium. Znamienny ubytek ciężaru, jaki dawał się przy tym zauważyć u Gniewosza, oraz znikanie nieraz całych partii jego ciała przypisywał kolega Będzińskiego znacznej utracie tej właśnie teleplazmy — uźrocza16, która w stanie normalnym tworzy u człowieka nierozłączną całość z jego ciałem fizycznym i wpływa na jego ważkość i tężyznę.

Chodziło jeszcze o określenie roli samego medium w procesie kształtowania fantomów. I pod tym względem hipotezy obu lekarzy różniły się. Będziński uważał wszystko za dzieło podświadomej pracy medium, za wytwór jego wyobraźni — Przysłucki dopuszczał możliwość interwencji i współdziałania jaźni bezcielesnych, zaświatowych, a nawet wpływ tzw. elementów, czyli duchów żywiołów. Przyjaciel Będzińskiego szedł jeszcze dalej, dopatrując się w niektórych zjawiskach tzw. larw-jednodniówek, zwiewnych, efemerycznych stworów, błąkających się po świecie strzępów ludzkich myśli i namiętności, wibracji kosmicznego astrosomu17 chwilowo zgęszczonych w kształty dzięki teleplazmie medium.

Tak czy owak — obaj lekarze stali przed zagadką. W czasie seansów z Jankiem Gniewoszem rozchylały się przed nimi na parę godzin tajemnicze kotary i ukazywały się dalekie, acz mgliste perspektywy. Pełni zdumienia byli świadkami paradoksalnego dziewicorództwa. Jakiejś niebywałej partenogenezy18 kształtów ludzkich, zwierzęcych, czasem obojniczych, narodzin organizmów pulsujących krwią — nie zawdzięczających chwilowego życia połączeniu dwóch płci efemeryd. Ta właśnie niezależność od aktu seksualnego i płci, ta samowystarczalność medium naprowadzała na nowe, ciekawe hipotezy.

Bo znamienną cechą mediumizmu jest właśnie to, że samodzielnym rodzicem kształtów może być zarówno mężczyzna jak kobieta, że akt mediumicznego stwarzania odbywa się bez spółki cielesnej. Niemniej charakterystycznym jest fakt, zaobserwowany niejednokrotnie, że media osłabiają swe szczególne właściwości przez stosunki płciowe. Zwłaszcza kobiety tracą często zupełnie medialność po wstąpieniu w związki małżeńskie. Przyroda zdaje się postępować nader ekonomicznie. Nie znosi rozpraszania swej energii twórczej w dwóch równocześnie kierunkach. Rozkosz łączenia się z płcią drugą każe okupywać utratą zdolności mediumicznych.

Dlatego Będziński otoczył troskliwą opieką życie płciowe swego wychowanka i czuwał nad tym, by przedwczesne jego rozbudzenie nie zaszkodziło ewolucji władz medialnych. W tym celu usuwał z jego drogi wszystko, co mogło być bodźcem do zachceń płciowych. Stąd atmosferę, jaką otoczył Gniewosza, znamionowały chłód i cisza niemal klasztorne, wikt jarski, twarde łoże, higiena ciała surowa, pedantyczna, częste zimne kąpiele, tryb życia spartański.

W takich warunkach Janek przekroczył szczęśliwie Rubikon pokwitania i cichy, chłodny, beznamiętny doszedł swoich lat 24. Lecz tu organizm upomniał się o swoje prawa. Tłumiona i oszukiwana wszelkimi sposobami płeć pewnego dnia zbuntowała się.