Inaczej rzecz miała się z Gniewoszem. — W pierwszym roku znajomości nie zajmował się nią wcale; była mu obojętna jak tyle innych postaci kobiecych, które przewinęły się w czasie seansów przez gabinet doktora. Nie rozbudzony jeszcze pod względem erotycznym młodzieniec okazywał pięknej, w żałobie chodzącej pani chłodny, pełen należnego dystansu respekt. Dzielił ich wtedy czarny woal smutku, którym pani Krystyna odgrodziła się od świata i ludzi.
Potem przyszedł epizod z Rózią i jego następstwa. Odtąd zaczął Gniewosz poświęcać kobietom więcej uwagi. Powoli ześrodkował ją na wdowie po inżynierze Śląskim. Może dlatego, że zainteresowanie dla niej musiało przybrać charakter cichego podziwu i tym samym przesłoniło mu podłoże zmysłowe, którego się lękał. Może też pociągnęło go ku niej coś innego, głębszego — jakieś szczególne, tajemnicze powinowactwo...
W każdym razie w parę miesięcy po wywiezieniu córki ogrodnika z Warszawy dotychczasowy stosunek między Krystyną i Jankiem uległ wyraźnej zmianie. Zbliżyli się ku sobie, spoufalili, polubili. On kładł jej pod stopy dyskretną, wstydliwą adorację, ona otaczała go macierzyńską sympatią i troskliwością. Po pewnym czasie Janek zaczął doznawać uczucia gniewu na myśl, że Krystyna widzi w nim tylko narzędzie, dzięki któremu spodziewa się nawiązać kontakt ze śp. mężem.
Co za szczęśliwy człowiek! — myślał, analizując swój stosunek do pięknej wdowy. — Co za rozkosz wzbudzić uczucie u takiej kobiety!
I szczerze zazdrościł zmarłemu. Niemniej umiał zdobyć się na bezinteresowność i nie szczędził wysiłków, by spełnić to, co uważał za jedyne jej pragnienie. W tajemnicy przed nią zdobył nawet fotografię Śląskiego i wpatrywał się w nią godzinami, by przepoić się jego „aurą” i w ten sposób wciągnąć go w krąg materializacji. Lecz i to zawiodło. Duch inżyniera nie przekroczył rubieży zaświatów.
Mimo to, a może właśnie dlatego, pani Krystyna darzyła Gniewosza coraz serdeczniejszą sympatią. Przyjmował jej objawy oszołomiony, szczęśliwy, nie dowierzający. W uczucie uwielbienia powoli przesączyły się pierwsze dreszcze namiętności. Zupełnie przypadkowe zetknięcie się podczas seansu z jej piersią wznieciło pożar. Gniewosz pokochał panią Śląską całym żarem pierwszej, wielkiej miłości.
Spostrzegła to i nie usunęła się. Los czy przypadek przyszedł im z pomocą.
Któregoś dnia Będziński zaproponował pani Śląskiej, by urządzić seans w jej domu.
— Może otoczenie, w którym przebywał śp. mąż pani, wpłynie dodatnio na medium i ułatwi mu zadanie.
Pani Krystyna przyjęła propozycję z nieukrywanym zadowoleniem. W słoneczne czerwcowe popołudnie zebrało się w zacisznej wilce przy ul. Leśnej szczupłe grono uczestników seansu. Ponieważ posiedzenie miało charakter czysto prywatny, przypuszczono do współudziału tylko parę osób, i to z koła najbliższych znajomych. Świat naukowy reprezentowali tylko Będziński i Przysłucki.