Wstrzymała go spojrzeniem.
— Jeszcze nie, jeszcze nie teraz — błagały jej oczy.
Więc umilkł wzruszony.
— Ale po kieliszku marsali możemy jeszcze wypić? — przerwała kłopotliwe milczenie i podeszła do kredensu.
— Ten satyr wciąż tak samo się śmieje — usłyszała za sobą głos jego równy, senny, jakby nagle zautomatyzowany.
Zadrżała i wypuściła z rąk butelkę. Brzękło szkło i szlachetny trunek rozlał się pomarańczowobrunatną wstęgą po dywanie.
— Co pan powiedział?
— Ten satyr wciąż tak samo się śmieje — powtórzył jak automat, wpatrzony w wizerunek greckiego półbożka na jednym ze skrzydeł kredensu.
— Czy pan wie, co pan powiedział, panie Janku?
Zapytał ją niemo oczyma.