To go tylko podnieciło, budząc ducha przekory i żądzę zwycięstwa.
A właśnie w tym czasie pracował nad nowym systemem sikawek pożarowych, które sprawnością miały przewyższyć wszystkie dotychczas znane. Środkiem gaszącym miała tu być nie woda, lecz pewien specjalny rodzaj gazu, który rozprzestrzeniając się gęstymi kłębami nad płonącym domem, wchłaniał skwapliwie tlen i w ten sposób podcinał ogień u korzenia.
— Będzie to istny bicz boży na pożary — powiedział z niewinną przechwałką do jednego ze znajomych inżynierów podczas partii szachowej. — Mam nadzieję, że gdy mój wynalazek uzyska patent, zgubne następstwa ognia zmaleją niemal do zera. — I podkręcił z zadowoleniem wąsa.
Było to gdzieś w połowie stycznia; za jakie dwa, trzy miesiące, na wiosnę, spodziewał się wykończyć dzieło w szczegółach i posłać projekt ministerstwu. Tymczasem pracował pilnie, zwłaszcza wieczorami i nieraz północ jeszcze zastawała go pochylonego nad planami...
Pewnego razu, gdy Marcin, stary sługa domu, wygarniał z pieca niedopalone węgle, Czarnocki rzuciwszy okiem na niedogarki, zauważył coś, co go zastanowiło.
— Poczekaj no mój stary — wstrzymał zabierającego się już do wyjścia sługę. — Wysyp no mi te węgle tu na biurku, na gazetę.
Marcin trochę zdumiony spełnił rozkaz.
— Tak. Dobrze. Teraz zostaw mnie, mój kochany, samego.
Po wyjściu sługi uważnie przeglądnął raz jeszcze żużle. Od razu, na pierwszy rzut oka uderzył go ich kształt. Niedogarki, dzięki szczególnemu kaprysowi ognia przybrały formę liter; ze zdumieniem studiował precyzję ich zarysów, wykończenie szczegółów: były to idealnie wyrzeźbione z węgla czcionki wielkich liter.
— Oryginalna łamigłówka — myślał, bawiąc się ich układaniem w rozmaite kombinacje. — Może się coś z tego złoży?