Byliśmy w 45 stopniach północnej szerokości, wiatr zdawał się mieć lekką inklinację57 ku północy, pojawiła się ogólna nadzieja i wiara, że nareszcie pogoda się zmieni, i rzeczywiście się zmieniła; był to najlepszy podarek noworoczny.
Uporczywy SW przeszedł na zachód i zawiał wreszcie z NW, niebo się rozjaśniło, morze uspokajało stopniowo i powoli „Łucja-Małgorzata” mogła znów regularnie podążać na południe ze wzrastającą szybkością.
Stado igrających na słońcu delfinów otoczyło lewy bort i wywołało na pokład spektatorów58. Wydobywszy się z surowych wód biskajskich, każdy był zadowolony i witał zwinne zwierzęta jako znak pomyślny. Wojowniczy nasz botsman tylko żywił dla nich mniej przyjazne usposobienie i zajął się urządzeniem harpuny59 w nadziei, iż uda mu się urozmaicić nasza kuchnię delfinią piersią. Okrętowa harpuna okazała jednakże za mała, a podczas roboty nad nową delfiny, na swoje szczęście, a strapienie czatującego na nich majtka, znów ukryły się w głębi.
5 stycznia na szerokości północnej 42° wiatr ucichł zupełnie, okręt prawie nie poruszał się z miejsca i na dobę całą dał załodze odpocząć. Barometr podnosił się ciągle. Chętnie byłbym przybliżył się do brzegów, by zająć się chronometrami, lecz charakter takowych nie dozwalał tego. Niskie brzegi portugalskie, zawierające mało przystani, są nadzwyczaj niebezpieczne dla żeglugi, szczególnie podczas zachodnich wiatrów. Mimo gorącego żądania, by widzieć instrumenty znów w porządku, musiałem odłożyć spostrzeżenia do korzystniejszej chwili.
Chwila ta jednakże jeszcze nie miała być bliska. Jeszcze jedną walkę miała odbyć „Łucja” na wodach Europy.
Barometr, który siódmego stał nadzwyczaj wysoko, spadł nagłe do przerażającego minimum. Twarz kapitana Boutesa sposępniała.
— Ktoś nas przeklina — rzekł mi wieczorem, schodząc do kajuty — bo się znowu zanosi na taniec.
I rzeczywiście następnego dnia, 8 stycznia, napadł orkan na okręt, tak silny, iż patrząc na zanurzający się przód „Łucji-Małgorzaty”, zdawało się, że na wieki zniknie w bałwanach. Szarpnięcia były tak silne, że krzesła przywiązane do kabin odrywały się i tłukły po kajucie. Wpadające na pokład fale potokami wlewały się przez okna zbiorowej kajuty i zalewały podczas nocy łóżka miotanych w nich podróżników. Do kajuty mojej, podczas gdy drzwi prowadzące z pokładu były otwarte, wpadł olbrzymi bałwan, przemieniając ją w jezioro. Wszystkie rzeczy zamokły, co w niemały wprawiło mnie kłopot. Nie dbałem już o prywatne skrzynki, zawierające ubiory etc. Szło mi głównie o instrumenty i naboje, zająłem się więc rewizją60 takowych. Na szczęście miejsce zawierające te przedmioty, osobno strzeżone i znajdujące się w najbezpieczniejszej części okrętu, pozostało suche i ani instrumenty, ani naboje nie uległy uszkodzeniu.
Dziesiątego wieczorem dopiero wiatr znów zmienił się na północny i sprowadził ostateczny zwrot pogody, przez wszystkich powitany radośnie. W mokrych i wilgotnych kajutach stał się bowiem pobyt nadzwyczaj nieprzyjemny, trzeba było świeżym odetchnąć powietrzem, przyjść nieco do siebie, osuszyć i przewietrzyć nieco kajuty. Byliśmy prawie miesiąc w drodze, od Hawru mając tak nieszczęśliwą żeglugę, jak rzadko który okręt. Z niecierpliwością więc pytano się mnie codziennie, ile nam jeszcze mil61 pozostało — niestety był jeszcze dobry kawał drogi, a od brzegów oddalać się było trudno. Abordować ląd bez chronometrów byłbym się odważył, lecz szukać małą wyspę wśród oceanu było ryzykowne. Dlatego powitałem dwunastego rano z wielką radością wiadomość, że ukazał się na horyzoncie przylądek La Rocca62!
Wzięliśmy kurs okrętu na SE, stanęli pomiędzy przylądkami Espichel i Pascueiras i określiwszy wizowaniem rzeczonych przylądków ściśle miejsce okrętu, odbyliśmy spokojnie obserwacje chronometryczne, choć w ten sposób mając nareszcie znów ich korekcję podług południka Greenwicha.