— Jestem pani niezmiernie wdzięczny, senorita — zwróciłem się do niej po odejściu opiekunki.
— Za co? — zapytała zdziwiona.
— Nie mogłem przekonać ciotki pani, iż się myli, sądząc, że nie dogodziła nam w zupełności obiadem. Przybycie pani rozproszyło, jak się zdaje, urojone troski i dozwoliło mi powtórzyć podziękowanie pięknej jej siostrzenicy.
Paca uśmiechnęła się figlarnie.
— Zrobiłam to przez ciekawość, by zobaczyć panów.
— Tak? — odparłem zdziwiony. — Ale cóż tak ciekawego w naszych osobach?
— Przecież pan dowodzisz tym „kaikiem”160, który przypłynął z Europy?
— Tak jest, senorita, choć to nie kaik, lecz lugier. Ale cóż z tego?
— Jak to, cóż z tego? Mówią, żeście panowie przez kilka tygodni byli na oceanie na tej łupince i przetrwali na niej straszne burze.
— Rzeczywiście — odparłem. — I to wszystko?