Boleśnie ściska się serce, gdy się w tych skałach i przepaściach czyta historię. Tysiące cieni zdają się z nich występować i wołać, podnosząc krwawe ramiona: „Cośmy wam zawinili?!”

Jeszcze raz musimy obcować ze światem dawno zmarłych bohaterów, którzy „w barbarzyństwie swym” żyli i umierali wznioślej, kochali i nienawidzili potężniej, karali i przebaczali sprawiedliwiej niż przybywający z mieczem w ręku wielcy rycerze chrześcijaństwa. Tu, w dolinie Orotawy, walczył ostatni bohater Teneryfy — Bencomo, król północnego wybrzeża wyspy, państwa Tehoro.

Zapomnijmy na chwilę o teraźniejszości, spojrzyjmy na dalekie wieki przeszłości, niech nam się zdaje, że przejeżdżamy po tych górach w r. 1493 i że otaczają nas ogorzałe postacie, które wtedy je ożywiały.

Niedaleko od Orotawy na skręcie skalistego wąwozu zatrzymujemy się nad głęboką, dziką przepaścią. Kupa kamieni napełnia głębię, stosy kości zmieszały się z nimi — to Barranco Hondo, miejsce ostatniego zwycięstwa nieszczęśliwego króla Bencomo.

Gdy Hiszpanie pod dowództwem Alonco de Lugo wylądowali w roku 1493 z piętnastu okrętami w porcie Anazy (blisko dzisiejszego miasta Santa Cruz), poznał jedyny Bencomo grożące wyspie niebezpieczeństwo, zawezwał więc wszystkich sąsiednich mencegów (królów) pod swe dowództwo do wspólnej walki przeciw wspólnemu wrogowi. Lecz tylko kilku sąsiadów, a mianowicie król Tacoronte, król Tegueste, król Anagi i archimenceg Zebensui poddali się jego rozkazom dla zbawienia kraju; południowi zaś królowie Guimar i Anaterve na czele kilkuset krajowców przystali do hiszpańskiego generała, obawiając się ambitnego króla Bencomo. Sędziwy bohater nie posiadał więc nawet zjednoczonych sił swej wyspy, przeciwnie, południowy brzeg powiększał zastępy napastników. Nie zrażało to jednakże starego monarchy. Podczas gdy gotuje się u siebie do boju w Tahoro, wysyła brata swego Tinguaro na czele 300 Guanczów nad przepaść, przed którą właśnie stoimy.

Dzielni wojacy przybyli. Za chwil kilka ukryli się wśród drzew i szczelin i głuche milczenie panuje dokoła, gdy nagle ukazują się hiszpańskie zbroje i 3000 wojska Dona Alonco de Lugo zstępuje powoli w głębie, by z drugiej strony wdrapać się na górę i uderzyć na Tahoro. Ostatni żołnierz zstąpił do wąwozu — wtem rozlega się świst naokoło przepaści. Tinguaro ze swym hufcem górali ukazuje się na szczycie i grad kamieni, odłamy skał i ścięte pnie walą się w otchłań, druzgocząc zastępy Hiszpanów. Na próżno walczy Don Alonco: żołdacy króla Kastylii przybyli z rozkazu, wolni górale Teneryfy walczą z rozpaczą za drogą swobodę. Opuściwszy krawędzie, rzucają się jak antylopy ze skały na skałę, z przepaści w przepaść i przybywszy na dno otchłani, kończą krwawe dzieło rozpoczęte z góry.

Po dwóch godzinach straszliwego boju przepaść zapełniła się trupami i zaledwie 200 Hiszpanów, a pomiędzy nimi generał Lugo, zdołało uciec do obozu. Pod koniec walki nadchodzi Bencomo z nowym hufcem, by dopomóc bratu. Napotyka go na skale, opartego o dzidę i patrzącego w otchłań. „Jak to — woła nadchodzący menceg — ty odpoczywasz, podczas gdy twoi żołnierze walczą!” „Zwyciężyłem — odparł spokojnie wojak — obowiązki wodza skończyłem... teraz żołnierze dokonywają swego... zabijają!”

Zwycięstwo stanęło po stronie Guanczów, jednakże zwycięzca nie oddaje się radosnym orgiom, lecz przegląda pobojowisko, na którym nie wszędzie jeszcze zagasły płomienie walki. W górnej szczelinie broni się jeszcze 30 hiszpańskich żołnierzy przeciw 500 Guanczom. Bencomo widzi potyczkę i wzniosły duch króla Tahoro nie może znieść tak nierównego boju; okazując szacunek walecznym, odsyła Hiszpanów do ich generała.

Była to ostatnia zwycięska bitwa dzielnego narodu. Wkrótce Don Alonso nowe ściąga siły i pod Laguną, na wyżynie dzielącej dwa brzegi, spotykają się na nowo nierówne siły. Otwarta płaszczyzna, na której rozległ się łoskot hiszpańskich muszkietów, pokrywa się trupami wyspiarzy i coraz większe pustki zaczynają przerzedzać niczym niezasłonięte szeregi króla Bencomo. Guanczowie jednak nie upadają na duchu, podtrzymuje ich ostatnia nadzieja zachowania wolności; nie zważając na śmiertelne kule, rzucają się z odsłoniętą piersią na wrogów. Jednogłośny okrzyk szturmujących rozdziera powietrze i rozpoczyna się bój straszny, bój rozpaczliwy!

Przez dwie godziny chwieje się szala zwycięstwa i już zabłysła nadzieja tryumfu dla Guanczów. Mimo ognistych pocisków, mimo strasznej broni cudzoziemców, widzi Bencomo promień zwycięstwa, króluje znów nad górami i przywraca im dawny spokój. Nagle zajaśniały nowe zbroje na widnokręgu — to świeże zapasy wojsk, przychodzące Hiszpanom na pomoc. „Santiago y San Miguel!” — zagrzmiało w szeregach Don Alonsa, następnie rozległ się trzask kartaczy171 i z głuchym jękiem padają wojacy Guanczów. Rozpacz ogarnia nieszczęśliwych, z pośpiechem cofają się resztki ku górom, lecz nieubłagany wróg pospiesza za nimi i rzuca się na bezbronnych, mordując dokoła i dobijając rannych.