Jak wspominaliśmy, zmniejsza się ilość cochenilli z każdym rokiem. Jest to ogólny los tego przemysłu tak na Kanaryjskich Wyspach, jak w jego ojczyźnie, Meksyku, spowodowany tańszą od niej aniliną. W miarę jednakże jak zmniejsza się produkcja cochenilli, powiększa się ilość zbieranego wina i tytoniu, tak na Teneryfie, jak na wyspach przyległych. Paliłem kanaryjskie cygara po nadzwyczaj niskiej cenie (2 ½ franka setka), które odznaczały się łagodnością i czystym bukietem. W krótkim czasie zakwitną również plantacje trzciny cukrowej.

Przeszedłszy dwa kilometry pieszo, zajęliśmy znów nasze miejsca w powozie i około jedenastej stanęliśmy w Matanzie. Na sławnym i smutnym pobojowisku wznosi się dziś kilka lichych lepianek, a między nimi niewielka, zaniedbana wiejska fonda. Zatrzymaliśmy się przed nią. Po wąskich schodkach weszliśmy na pierwsze piętro, gdzie przez otwarte okno rozwierał się zachwycający widok na Canady, Pik i łańcuch górzysty, zakrywający przed nami południowe brzegi. W fondzie było pusto. Na małym stoliku leżało kilka dzienników, we drzwiach prowadzących na ganek ukazała się opalona główka pięcioletniego dziecka, patrzącego na nas ciekawie, a na ganku szeleściła monotonnie woda, przeciekająca przez kamienny filtr. Urządzenie tych filtrów wiejskich na Teneryfie zasługuje na uwagę z przyczyny ich nadzwyczajnej prostoty. Wielki gąbkowaty kamień lawy, w którym wyrżnięto żłobek, spoczywa na drewnianej sztaludze, wlana do niego woda przesiąka szybko przez pory i ścieka do podstawianych glinianych naczyń, jakie widzieliśmy już po drodze do Orotawy na głowach wieśniaczek. Woda ta jest czysta i zdrowa, a przy tym zawsze chłodna dzięki glinianemu naczyniu.

Spragnieni, uznojeni drogą, oceniliśmy ją należycie. Wkrótce przyniesiono nam śniadanie, które po odbytym marszu znalazło szczerych zwolenników. Siedliśmy do tego, co nam podano, przybywający goście albowiem, przyzwyczajeni do zwykłych potraw, nie dysponują tu swego śniadania lub obiadu. Przyjmują, co im poda wiejska gospodyni, a kraj ten tak jest obdarowany przez przyrodę, że za sześć lub siedem z ogólnie znanych dań zapłacą mniej więcej dwie pesety, nie potrzebując się zajmować układaniem menu. Tak samo stało się i teraz. Zdjęliśmy kapelusze, kazaliśmy przynieść wody do mycia i picia, podano potrawy, składające się z dziennych zapasów, wraz z karafką teneryfy i za godzinę byliśmy znowu w drodze, dążąc ku Tacoronte, gdzie znajduje się w prywatnym domu, należącym do jednego z kupców z Santa Cruz, pana Lebrun, obszerny zbiór odkopanych starożytności Guanczów i najlepiej zachowane ich mumie.

Droga do Tacoronte prowadzi również pod górę, zbliżamy się albowiem do wyżyny stanowiącej rozdział wód, na której leży Laguna. By nie męczyć niepotrzebnie koni pozostawiliśmy powóz na szosie, skręcając pieszo na lewo ku brzegowi, gdzie leży stara stolica głównego sprzymierzeńca króla Bencomo, wciśnięta w niskie skały. Dziś to wioska, której plac rozległy, ścielący się przed starym klasztornym budynkiem, nadaje pozór drobnego miasteczka. Prowadząca do niej ścieżka jest otoczona dosyć wysokimi naturalnymi ścianami, które tworzą z niej rodzaj wąwozu obsadzonego licznymi krzewami agaw. Przeszedłszy po niej, a następnie po placu, gdzie kilku wiejskich dygnitarzy grało w krokieta176, weszliśmy w wąską, nisko leżącą uliczkę, w której wkrótce p. Wildpret wskazał mi jednopiętrowy mały domek z zielonymi okiennicami. „Oto muzeum tacorońskie” — rzekł, zatrzymując się przed nim. Powierzchowność była nieokazała, zawarte skarby — tym większe.

Poruszyliśmy młotek domowy177 — lecz nikt nie odpowiadał. Było to święto i mieszkańcy widocznie rozeszli się po wiosce albo byli w Lagunie, i już mniemałem, że mała furtka ukrywająca zbiory nie otworzy się dla nas, gdy nadbiegł stróż domu, stary Manuel. Widział nas przechodzących przez plac, poznał botanika i przybiegł, by się z nim przywitać.

— Czy Don Diego w domu? — zapytał się nasz cicerone178 wieśniaka.

No, senor! — odparł zagadnięty. — Don Diego jest w Santa Cruz, teraz podczas karnawału bywa on tu na wsi tylko w niedzielę.

— Co za szkoda! — zawołaliśmy wszyscy, lecz p. Wildpret nie traci nadziei i ufając poszanowaniu i miłości, jaką się cieszył wszędzie między mieszkańcami wyspy, zapytał się Manuela, czy nie moglibyśmy mimo to zwiedzić muzeum p. Lebruna, dodając, żeśmy obcy i że przybyliśmy umyślnie po to.

— Don German — zawołał usłużny stróż, krzątając się około furtki — któż śmiałby nie otworzyć drzwi domu przed panem? — i wkrótce furtka była otwartą i staliśmy na małym podwórku, otoczonym pomarańczowymi i cytrynowymi drzewami, przepełnionymi owocem.

Za podwórzem ciągnął się obszerny ogród, dający piękny widok na wybrzeże i morze; podczas gdyśmy się przechadzali po nim, otworzył nam Manuel drzwi prowadzące do zbiorów p. Lebruna. Przeszedłszy przez korytarz i comedor służby, znaleźliśmy się w muzeum.