Po tym wszystkim, co słyszałem o generale, sądziłem, że ujrzę typ barczystego i pokiereszowanego „starego wojaka”, byłem więc zdziwiony, gdy wyszedł ku nam niskiego wzrostu jegomość, niezbyt silnej budowy i ubrany po cywilnemu — był to generał. Pan Aguilar przedstawił mnie gubernatorowi, mogłem zatem bliżej przypatrzyć się miłej i inteligentnej jego twarzy. Mimo niepozornej postaci wzbudzał on poszanowanie: rysy nosiły piętno stanowczości i wielkiej siły woli, spojrzenie świadczyło o niezmiernej bystrości poglądu, wysokie czoło zaś o niezwykłej inteligencji. Mimo to wszystko można było odczuć w generale zaraz na wstępie prostotę i szlachetność, można by powiedzieć: serdeczność nawet, choć znów z drugiej strony uderzała pewność w postępowaniu i ufność w siebie.
Po kilku słowach tyczących się podróży naszej zauważyłem w nim szczere zajęcie się ekspedycją, określiłem mu więc cel jej i opisałem dotychczasową żeglugę. Generał tymczasem wspomniał mi, że i on za kilka lub kilkanaście dni wyruszy z ekspedycją wojskowego charakteru na brzegi marokańskiej Sahary, by zająć w imieniu rządu hiszpańskiego jeden z punktów, do których Hiszpania ma prawo. Jest to marokańska miejscowość Agadir, czyli jak nazywają ją Hiszpanie Santa Cruz de Mar Pequena198, położona mniej więcej w 30° 20’ północnej szerokości. Stary traktat, podpisany w Wadi Ras199, oddał prawnie ową przystań morską rządowi madryckiemu; sułtan Sidi Muley Hassan atoli, obecny władca marokański, oparł się temu, podczas gdy dla Hiszpanii spełnienie traktatu miało swoją wagę, dla wschodnich zaś wysp kanaryjskiego archipelagu była to kwestia żywotna. Wyspy te, Lanzarote i Fuertaventura, prowadzą dość znaczny handel rybami, bliskość marokańskich brzegów tymczasem narażała rybaków hiszpańskich na ciągłe napaści i rabunki ze strony wojowniczych nadbrzeżnych mieszkańców, tak że zajęcie owego punktu Santa Cruz de Mar Pequena stało się niezbędne dla obrony interesów kanaryjskich.
Rozpoczęto więc nowe traktowania z sułtanem, uwieńczone rezultatem korzystnym dla Hiszpanii i generał Veyler otrzymał rozkaz z Madrytu zająć oznaczony posterunek; oczekiwał tylko przybycia okrętu transportowego z wojskiem i pancernika „Numancia”. Tymczasem nadszedł ordynans. Zauważyłem, że generał zajęty, pożegnałem się więc, musząc przyrzec sympatycznemu gubernatorowi, iż będę na balu, który dawał owego wieczora.
Naczelnik stacji morskiej, admirał Vigo-Nina, któremu złożyłem następną wizytę, przyjął nas równie uprzejmie i okazał także jak największą przychylność dla ekspedycji. Obiecał mi list do gubernatora wyspy Fernando Poo i zapewnił, że możemy rachować na wszystko, w czym tylko kolonia Fernando Poo będzie w stanie pomagać pracom ekspedycji.
Gdym powrócił do hotelu, zauważyłem dopiero, co się działo na ulicy. Karnawał rozgościł się na dobre w Santa Cruz: śniadania, obiady i bale goniły się po kolei, na stole zastałem liczne zaproszenia, wszystkie były tak serdeczne, domy tak gościnne, że nie wszędzie odmowa była możliwa. Najweselej spędzała karnawał młodzież miejska, jak to zresztą wszędzie bywa. Całe miasto przemieniło się w bal maskowy; liczne grupy poprzebierane przeciągają wtedy po ulicach, to pieszo, to konno, to na wozach, zatrzymując się przed pierwszym lepszym domem, gdzie podczas ostatków zawsze zastawione są stoły dla znajomych i nieznajomych masek. Przed wejściem jednakże przybywająca grupa musi znieść atak z okien, z których jak ze strzelnic fortecy wita ją grad jaj, wypychaniu których przypatrywaliśmy się już w Orotawie w hotelu „Teyde”.
Podczas karnawału poważni i dumni Hiszpanie przetwarzają się zupełnie, rzekłbyś, że nie znają granic wesołości. Widziałem jeźdźców wjeżdżających wraz z koniem do kawiarni i głoszących z siodła jak z kazalnicy mowy do zebranych. Rzadko jednakże widać pijanych, a do nadużyć nie dochodzi prawie nigdy. Jak mi mówiono, cieszy się Santa Cruz w ogóle reputacją wesołego miasta, mieszkańcy lubią się bawić, casino częste daje bale, bulwar zawsze zapełniony spacerującymi, nawet w gustownie urządzonym teatrze również jest pełno mimo karnawału i tak miernej trupy, że siadłszy w fotelu parterowym, zasnąłem snem twardym i przerywanym wyłącznie podczas pauz. Mylnie jednakże przypuszczano by, że podróżnik nie znajdzie tu nie oprócz zabaw i miejsc wesołości. Stolica Teneryfy ma też swe przybytki pracy i nauki, chociaż są to po większej części prywatne pracownie. Taki jest gabinet zmarłego profesora Maffiota, który uprzejmi synowie dozwolili nam zwiedzić i przejrzeć zbiory pracowitego przyrodnika. Mają one głównie znaczenie dla mineralogii i geologii Wysp Kanaryjskich i zajęły nadzwyczaj K. Tomczeka. Prócz okazów mineralogicznych znajdują się tu zbiory fauny morskiej archipelagu i wykopaliska po Guanczach, a pomiędzy nimi pieczęć, którą opisuje i podaje w kolorowanym rysunku Berthelot w jednym z tomów o starożytnościach Guanczów.
Głównym skarbem dla badacza Guanczów jest w Santa Cruz miejskie muzeum, właściwiej byłoby je nazwać: muzeum doktora Bethencourt (jednego z ostatnich potomków sławnego Juana de Bethencourt, pierwszego zdobywcy Kanaryjskich Wysp). Muzeum to, znajdujące się w starym klasztornym budynku, należy wprawdzie do miasta, lecz zawdzięcza swe zbiory i byt prawie wyłącznie poszukiwaniom i staranności doktora. Poznawszy się z nim przez p. Wildpreta, miałem sposobność zwiedzić drogocenne te zabytki. Przeszedłszy po jednej z mniejszych uliczek, weszliśmy w furtkę starego klasztoru, w którym dziś mieszczą się różne biura i gimnazjum miasta. Przebywszy kilka korytarzy i schody, na dół prowadzące, staliśmy wreszcie przed starymi drzwiami, ukrywającymi mozolnie zebrane pamiątki przeszłości. Doktor posłał po klucze i wkrótce znajdowałem się z p. Wildpretem i z jednym z oficerów hiszpańskiej marynarki, który nam towarzyszył, w podługowatej, wąskiej sali, czyniącej wrażenie trupiarni. Po obu stronach poustawiane były na półkach przez całą długość nawy czaszki pierwotnych mieszkańców Kanaryjskich Wysp (pomiędzy nimi wiele Guanczów), na dole zaś mumie, kawały balsamu i mnóstwo zabytków miejscowych starożytności. Zbiór kraniologiczny zawierał 746 czaszek i przedstawiał ciekawe pole dla antropologa i historyka. Z westchnieniem pomyślałem o dwu przyjaciołach ekspedycji: o czcigodnym doktorze Baranieckim i o profesorze Kopernickim z akademii krakowskiej; otrzymałem jednakże w Santa Cruz drugą czaszkę Guancza, był więc choć w cząstce plon dla tego ostatniego.
Tymczasem czas schodził, interesy w Santa Cruz były ukończone, a jednak zatrzymywało nas gościnne miasto.
Komodora Borris już nie było na rejdzie, wypłynął był do Senegalu, lecz stała jeszcze korweta „Cher” i na długo pamiętne będą mi chwile spędzone u jej komendanta, porucznika Lofond i serdecznych jej oficerów z księciem Karageorgiewiczem, panem Aguilar i konsulem francuskim. Jednej jeszcze osoby nie mogę pominąć milczeniem, ponieważ mimo woli często przychodzi mi na myśl jako serdeczny, rzadkiej dobroci przyjaciel ekspedycji. Był nim Don Pablo Pebrer, naczelnik górnictwa i lasów prowincji Kanaryjskich Wysp. Wychowany w Europie, mówił wyśmienicie po francusku i w ogóle można go było wziąć prędzej za Francuza niż za Hiszpana. Pan Pebrer był to jegomość dobrej tuszy, lubiący ciszę i spokój, zdziwiłem się więc niemało, gdy zastałem go pewnego dnia w „Café del comercio” obładowanego książkami; spocił się aż pod ciężarem swej biblioteczki.
— Co to takiego, Don Pablo? — spytałem zdziwiony, podchodząc do niego i podając mu rękę.