Płynęliśmy wzdłuż liberyjskich brzegów przed prowincjami Bassa i Sinoe do przylądka Palmas, gdzie spodziewałem się zastać listy z Europy. Przy tych właśnie brzegach zatrzymują się zwykle parowce i okręty rekrutujące Krumanów, w Bassa, Sinoe, Setra Kroo, Nana Kroo, Grand Sess, Beribe i w licznych innych. Niezmiernie żyzna i urodzajna jest prowincja Bassa276. Krajowcy hodują tu tytoń, ryż, kawę i trzcinę cukrową obok zwykłych plantacji jamsu, koki i bananów. Lasy zaś dostarczają znaczną ilość kauczuku, który powoli zaczyna być ważną gałęzią handlu afrykańskiego.
Ósmego około południa powstał ruch na okręcie — zabito i złowiono rekina. Majtkowie wzięli się niezwłocznie do rozpłatania potwora, członkowie ekspedycji do preparowania różnych jego części. Lecz poznaliśmy już scenę połowu rekina, nie zatrzymujmy się więc, lecz płyńmy dalej. Bryza (wiatr panujący około brzegów lądowych) tak jest słaba, że posuwamy się z wolna naprzód, gdyż wypłynęliśmy od dawna poza obręb pasatów. Wreszcie dziewiątego wieczorem zbliżamy się do Palmowego Przylądka. Pilot-Murzyn, którego wzięliśmy po drodze, gdyż sam podpłynął ku nam na swej wątłej pirodze około osady Sestres, zgodził się za dwie nitki (6 łokci) materii, 4 główki tytoniu i butelkę wódki, wskazuje nam miejsce do zarzucenia kotwicy, lecz przybycie nasze do Cap Palmas nie było tak spokojne, jak przybycie do Monrowii.
Niebo, które już przed wieczorem pokryło się gęstymi chmurami, przeszył nagle piorun, morze się zakołysało, rzucając okrętem na wszystkie strony i wkrótce rozpoczął się dziki koncert w przyrodzie — ryczenie wichru, huki grzmotów i łoskot fal, przerywane rzucaniem się „Łucji”, której załoga przez całą tę kilkugodzinną walkę żywiołów musiała być na pokładzie, mimo zmęczenia z żeglugi, grunt albowiem w Cap Palmas nie jest zbyt dogodny dla okrętów i nieraz jedna kotwica nie wytrzyma. Z tego też powodu statki rozbiły się już na wodach Palmowego Przylądka.
Gdy następnego rana słońce oświeciło pogodne niebo, zauważyliśmy, iż staliśmy zbyt daleko od miasta. Podniesiono więc kotwicę i przybliżyliśmy się do lądu, ponieważ trzeba było tu nabrać świeżych zapasów wody. Następnie spuszczono szalupy i udaliśmy się do miasta.
Cape Palmas, stolica południowa Rzeczypospolitej Liberyjskiej, do gubernatora której miałem listy od kanclerza Gibsona, przyjęła nas z równą gościnnością jak Monrowia.
Jest to miasto niewielkie, przeważnie z domów drewnianych budowane, leżące niedaleko od rzeki Cavalla, wrzynającej się głęboko w ląd. Trzy europejskie faktorie: holenderska, niemiecka i francuska razem z jedną liberyjską, pp. Gill et Comp., dostarczają mieszkańcom potrzebnych towarów europejskich rynków.
Poznawszy się z konsulem francuskim, p. Verdier, posiadającym plantację kawy o kilka mil od miasta, zostaliśmy przez niego zaproszeni spędzić tam zbliżającą się niedzielę. Droga z miasta do wiejskiej rezydencji p. Verdier była bardzo przyjemna. Nad ranem przysłano nam dwukołowe bryczki, zaprzęgnięta każda wołem, i ruszyliśmy przez wycięte już lasy, na których miejscu dziś ciągną się plantacje. I pod tym względem Cape Palmas stoi wyżej od Monrowii, gdyż tam lasy i gąszcze podchodzą jeszcze pod samo miasto, a dla braku dróg nie ma tam dotychczas komunikacji kołowej.
Plantacje p. Verdier okazały się jako rozległe i dobrze pielęgnowane pola kawowe i dzień upłynął szybko. Przyjemną też zawarliśmy tu znajomość z młodym, wykształconym Francuzem, p. Bretignére, powracającym z Europy, gdzie odpoczywał po małej handlowej eksploracji krajów Assini277 i Grand Bassam. Obecnie zaś czekał na odpowiedni parowiec, by znów udać się do Assini, gdzie brat naszego p. Verdier posiada faktorię, a nieco dalej, w głębi kraju, zakłada olbrzymią nową plantację kawy. Po całodziennej rozmowie z młodym Francuzem poznałem w nim przyjemnego towarzysza podróży, a zaproszony przez niego zwiedzić Assini, zaproponowałem mu nie czekać na parowiec, lecz wyruszyć z nami na „Łucji”. Plany powzięte bez długich przygotowań zwykle udają się najlepiej. Prosiłem więc gościa, by stawił się jutro w Cape Palmas i doniósł mi o swej decyzji.
Tymczasem niebo się zachmurzyło — zbierało się na niepogodę i pożegnawszy gościnny dom Francuza, by jeszcze przed deszczem powrócić do miasta, ruszyliśmy ku brzegowi, napędzając nasze woły, jak tylko było można, przez plantacje. Deszcz jednakże nie czekał, aż będziemy pod dachem, i w połowie drogi zmoczyła nas nagła tropikalna ulewa. Na szczęście znajdował się blisko dom gubernatora, a że znana nam była uprzejmość jego, podążyliśmy więc ku niemu, szukając schronienia.
Zauważywszy nas, uprzejmy gospodarz niezwłocznie ukazał się we drzwiach i zaprosił do domu. Siedliśmy na przewiewnej werandzie, bez której żaden dom w tych stronach budowany nie bywa. Często otacza ona kilka stron domu, co najmniej zaś ciągnie się takowa wzdłuż przedniego i tylnego frontonu. Tu, na werandzie, przepędza mieszkaniec stron tropikalnych część dnia wolną od zajęć i postawiwszy na niej kilka wygodnych fotelów maderskich, przywożonych przez parowce z Funchalu na cały brzeg afrykański, oddycha on tu swobodniej niż w dusznych pokojach podczas skwarnych miesięcy pory suchej.