Charakterystyczne są domy krajowców w Krindżabo. Każde gospodarstwo składa się co najmniej z czterech domków, które poustawiane w czworobok i niemające okien na zewnątrz, na ulicę, zamykają tętno życia familijnego w ramach wewnętrznego podwórza. Pierwszy domek, zaopatrzony na wewnątrz rodzajem małego tarasu, czy raczej stopni szerokich, jest przeznaczony dla głowy rodziny, drugi zajmują żony, trzeci dzieci, czwarty wreszcie zawiera służbę i niewolników, a równocześnie kuchnię. Jak już zauważyłem, składają się pałace Amatifu i Akasamadu z kilkunastu do kilkudziesięciu takich czworoboków, obejmujących nawet i ogrody, i cząstki lasów — co wszystko razem stworzyło labirynt, z którego wydostać się bez przewodnika zaprawdę nie jest łatwe.

Powoli ucichły głosy przy domowych tych ogniskach, przypominających klasyczne atrium Rzymian i ich życie. Cisza, przerywana dźwiękami drobnej fauny afrykańskiej, zaległa dokoła, ulice miasta były już puste, tylko tu i ówdzie dał się słyszeć głos posłańca króla Amatifu, zapowiadający mieszkańcom jutrzejszą ceremonię. Wkrótce znajdowaliśmy się na krańcu miasta, prawie już w obrębie lasów, gdzie domek fetyszów strzeże wejścia do stolicy. Bęben „tam-tam”, kilka czaszek ludzkich, beczka z kośćmi, zaschła i sczerniała krew po ostatniej ofierze, wyszczerbiony nóż, który do niej służył — oto co przy bladym świetle księżyca mogliśmy w nim dostrzec. Kastor, wierny nasz tłumacz, szedł z nami, a dalej w pewnej odległości posuwała się grupa dworzan króla dodanych do naszej świty.

Wąską ścieżką udaliśmy się stąd w innym kierunku, prowadzeni przez młodego Anemę, który z powagą nad wiek pokazywał nam uwagi godne miejsca stolicy swego ojca.

Nagle zatrzymał się w miejscu, które zwróciło szczególną uwagę naszą na siebie, wszyscy albowiem postąpiliśmy równocześnie naprzód, spoglądając w jeden punkt.

Był to „cmentarz przodków”. Słowo „cmentarz” jest tu właściwie niestosowne, gdyż nikt tu nie jest pochowany. Gdy umiera jaki mieszkaniec miasta, wtedy kapłani wynoszą trupa w gąszcz i im tylko wiadomo, w jakim rzucili go miejscu. Natomiast potem pozostali po nieboszczyku krewni wyrabiają bądź z drzewa, bądź z gliny posążek, mający być jak najbardziej podobnym do zmarłego. Te oto posążki, w liczbie kilkuset, stały tu na wielkim kurhanie, a o kilka kroków dalej rysowała się w cieniach nocy druga podobna masa statuetek. Niektóre z nich były stare, mchem obrosłe, inne wyglądały świeżej. Przedstawiały one postacie ludzkie, bądź siedzące, bądź stojące, z rękami założonymi lub w innej pozycji. Każda twarz miała inny wyraz i widocznie starano się wywołać podobiznę z rysami zmarłej osoby, którą posążek przedstawia. Cmentarzyska te, oglądane szczególnie o tej nocnej godzinie, czyniły na nas dziwne wrażenie. Mimo woli zadrgały różne przypuszczenia i myśli — zarysował się Egipt stary, którego wpływu na północne plemiona Afryki, nienależące do południowych Bantu, nawet tysiące lat zatrzeć we wszystkim nie zdołały. Skąd ten zwyczaj, skąd jasna cera arystokratów i członków królewskiej familii aszantyjskiej, przypominająca żywo cerę żółtobrązowaną starożytnych Egipcjan, i skąd jedność form z owymi starożytnymi Afrykanami znad Nilu w mnóstwie sprzętów domowych? Wiecznie piętrzy się tu przed umysłem mnóstwo zagadek i prawd pogrzebanych, których rydlem odkrywczym może stać się tylko długoletnia, cicha, niezależna praca.

Pragnąłem zjednać Kastora dla otrzymania choć jednego takiego posążka. Lecz chociaż tłumacz nasz był mniej zabobonny od innych Assinijczyków, dzięki długoletniemu i ciągłemu obcowaniu z białymi na brzegu, poznałem po przestraszonym jego wejrzeniu i spuszczonej głowie, że nawet pytanie me wprawia go w strach i obawę. „Amatifu — dodał z cicha — kazałby odciąć głowę Kastora, gdyby choć usłyszał samo to zapytanie białego do Kastora powiedziane”.

Zadumany wróciłem z towarzyszami ku miastu. Leśna drożyna, którą kroczyliśmy, była oświetlona milionem świecących owadów, których światła jak iskry, czy brylanty igrały na ciemnozielonym tle nocnej scenerii. Coraz silniejsza rosa zmuszała nas do powrotu, inaczej mimo zmęczenia wolałbym tu przedumać cudowną tę noc.

Gdym powrócił do pałacu i wszedł do pokoju z królewską werandą, który tworzył mój apartament, by spocząć wreszcie na matach, zauważyłem dwie wysokie, ciemne postacie, stojące prawie nieruchomo przy drzwiach sypialni. Byli to dwaj olbrzymiego wzrostu Murzyni, których Amatifu przysłał tu jako straż przyboczną, z zleceniem dostarczania mi wszystkiego, czego bym zapragnął. Toż samo opowiedzieli mi towarzysze podróży dnia następnego o swych pokojach.

Rozdział XIX

Podarki króla Amatifu. — Heroldowie królewscy. — Dary przysłane od Akasamadu. — Stary tron króla Amatifu i sala tronowa. — Fufu. — Przybycie króla na obiad. — Dziwny obowiązek assinijskiego ministra. — Etykieta assinijska. — Żona tygodniowa króla. — Sjesta. — Obraz z tysiąca i jednej nocy. — Uroczystość na cześć gości. — Oprowadzanie fetyszów. — Taniec miłości. — Podarki. — Pierścienie Amatifu. — Chorzy nasi zmuszają do odwrotu.