Amatifu słuchał z żalem wiadomości o naszym odjeździe — i on chciał jeszcze po jutrzejszej projektowanej uroczystości drugą u siebie urządzić, a przy tym był szczerze rad gościom z dalekich stron pośród monotonnego życia, gdyż stare członki już rzadko dozwalały mu ruszyć się poza obręb pałacu. Zapewniwszy go, że nigdy nie zapomnę jego gościnności, pożegnałem go i poszliśmy. Zapewnienie to dać mu mogłem z czystym sumieniem — nikt chyba z nas nie zapomni tego majestatycznego starca, któremu ostatnia chwila widzenia jeszcze dodała szczególnego uroku.
Gdyśmy po krótkim jeszcze wieczornym spacerze powrócili przed werandę naszych pokojów, zauważyłem przed nią wielka liczbę młodych kobiet, przeważnie dziewcząt, śpiewających i intonujących swemu śpiewowi klaskaniem w dłonie, a naokoło nich wylała się na plac niemal cała ludność stolicy, poruszając się jak ciemna fala przypływu. Wieść o naszym odjeździe rozeszła się była lotem błyskawicy i mieszkańcy Krindżabo przyszli się pożegnać z nami i przypatrzeć się jeszcze raz ciekawie białym gościom.
Przed drzwiami stał jeden z młodych synków Amatifu — śliczna figurka, niby posążek z florenckiego brązu. Przybliżył się do mnie i zaczął nieśmiało coś mówić. Więcej z gestykulacji, jak z mowy mi niezrozumiałej, poznałem, że malec żądał, bym poszedł do Amatifu i poprosił o pozwolenie zabrania go z sobą. „A więc chcesz pójść ze mną?” — zawołałem, objaśniając zapytanie ruchami. Murzynek pokazał ręką w stronę brzegu i potakując, kiwał głową, lecz Amatifu spoczywał już na swych matach w głębokim śnie.
Poszedłem na piętro do sypialni, zanim jednak udałem się na spoczynek, stanąłem we drzwiach balkonu, wiodąc okiem po placu. Ten śpiew Murzynek czynił dziwne wrażenie na rozkołysanym umyśle. Monotonne jego dźwięki i ruchy przyklaskiwania, cała ta grupa — wydawały się jak sen południowej fantazji.
Gdym wreszcie powrócił do swego pokoju, ujrzałem, oprócz dwóch ciemnych postaci postawionych i tej nocy na straży, mego małego czarnego podróżnika z dołu. Uroił on sobie, że pojedzie ze mną i już nie chciał mnie opuścić — całą noc spędził w mym pokoju.
Śpiew kobiet i chaotyczny zgiełk z placu nie ustawał, natura jednak żądała swych praw i wkrótce sen skleił powieki, kończąc wrażenia ostatniego wieczoru pamiętnych dni u dworu króla Amatifu.
Żegnaj, wyniosły starcze! Biali cię posądzają, mówiąc o licznej krwi, płynącej w twej stolicy przy twych uroczystościach. Choć krew aszantyjskiego Mensy329 płynie i w twych żyłach, oczerniają cię jednak ci, którzy twierdzą, żeś do niego podobny. Dwór twój jaśniał dla nas niewinniejszymi zabawami i jeżeli biali czytać będą te słowa, znajdziesz sprawiedliwość, Amatifu!
Następnego rana ruszyła karawana nasza po znanej nam już drodze ku rzece. Przy wyjściu znów stała delegacja króla, odprowadzająca nas w jego imieniu. Mały mój czarny satelita znów przybiegł do mnie. Śliczny chłopczyna oczekiwał z rękami skrzyżowanymi na piersiach mej odpowiedzi i zwiesił ze smutkiem głowę, gdym mu wytłumaczył, że to jest niemożliwe, a gdyśmy ruszyli ku łodzi, Anema z zawiniątkiem pod pachą i chwytając jeden z mych pakunków, by go ponieść przez drogę, postępował tuż za mną. „Nie można, Anema — rzekłem mu — my nie wracamy teraz do kraju białych, droga moja prowadzi jeszcze daleko, do innych waszych plemion, głęboko w gąszcze. Najczęściej nie będziemy mieli ni domu, ni dachu i Duch Wielki tylko wie, co nas czeka”.
Ale Anema nie dał się uspokoić i już byliśmy daleko na rzece, gdy stał jeszcze nad brzegiem, patrząc łzawym okiem ze zwieszoną główką za odpływającymi.
Nie wiem dlaczego, lecz sam byłem posępny tego rana, z żalem opuszczałem stolicę króla Amatifu i mimo woli zakrążyła myśl powrócić tu kiedy na dłużej. Tymczasem zaś wołały nas obowiązki dalej na południe.