Była to jednakże, mimo to, garść ludzi gwałtownych i burzliwych najczęściej.
Po tych wieczorach smutku i tęsknoty następowały inne, zupełnie odmienne i nietrudne do pojęcia. Wtedy czara uczuć wrzących w sercu zaszumiała i jak z wulkanu wybuchały dzikie namiętności. Przy tańcach i szklance nietrudno im było porwać się do noża i zamiast cichej, skarg pełnej gawędy w chacie za miastem zaharcowały w tiendzie370 niedzielnej inne instynkty — rozbujało do szału, instynkty pragnące rumu, krwi, nieładu i wrzawy. Komisarz policji bywał wtedy bezsilny.
Inną ujemną stroną osiedlania Kubańczyków na wyspie Fernando Poo była ta okoliczność, że przybyli oni sami, tj. bez żon i rodzin. Brakowi temu zaradzali jak mogli, naturalnie na niekorzyść małżonków i ojców kolorowych dam Santy Isabeli, co sprawiło, że zapatrywania się matrymonialne tych ostatnich stawały się coraz bardziej elastyczne, a wreszcie wyswobodziły się zupełnie spod jarzma wszelkiego niedogodnego porządku rzeczy, dopasowując się do upodobań chwili. Za pierwszymi przykładami pospieszyła też niebawem cała młoda kolorowa generacja.
Przy opisie częstszych i późniejszych odwiedzin wyspy Fernando Poo, poznamy oryginalne zaiste sceny z życia domowego i rodzinnego, obserwowane wśród kolorowego obywatelstwa.
Arystokrację wreszcie miejscową stanowią biali, w chwili naszego przybycia bardzo jeszcze nieliczni. Oprócz gubernatora, kilku oficerów i urzędników oraz załogi z pontonu „Trinidad”, było wtedy w Fernando Poo ogółem ośmiu białych, a mianowicie: trzech agentów angielskiej faktorii, należącej do firmy John Halt et Comp. z Liverpoolu, dobry nasz przyjaciel Jeronimo Lopez, którego wkrótce poznamy na pięknej jego plantacji, agent domu A. Gazulla z Walencji, proboszcz miejscowy, oraz angielski misjonarz z żoną, jedyną białą kobietą na wyspie. Europejczyków tych jednakże podróżnik rzadko spotyka na ulicach, jak zresztą wszędzie w koloniach podzwrotnikowych. Upał całodzienny zatrzymuje ich w domach, dopiero wieczorem, około szóstej, odbywa białe towarzystwo swe spacery, a z nim wybitniejsi i ambitniejsi reprezentanci kolorowego obywatelstwa, starającego się zwykle kopiować mniej lub więcej skrupulatnie ruchy i zwyczaje Europejczyków.
Spacery te odbywają się najczęściej za miasto, ku mostowi nad Rio del Consul, lub po pięknych cienistych alejach, ciągnących się przez kilka kilometrów i należących do najpiękniejszej plantacji, aczkolwiek wtedy bardzo zaniedbanej, plantacji pp. Gazulla et Comp.
Mówiąc o plantacjach, nie mogę nie nadmienić, że stanowią one (głównie zaś plantacje kakao) coraz większą ponętę tak dla białych, jak również dla cywilizowanych czarnych. Jest to albowiem przedsiębiorstwo zupełnie pewne, a dające niezmierne zyski, wynoszące przeciętnie 50–100%.
Wyspy Fernando Poo, São Tomé i Principe są głównymi i jedynymi prawie dotychczas punktami eksportującymi kakao w Zatoce Gwinejskiej. Dziwna ta roślina, której owoce w kształcie niewielkich melonów nie wyrastają z gałęzi, lecz z pnia, częstokroć obwieszonego nimi, znalazła sobie tu grunt odpowiedni i prosperuje w zupełności.
Urządzenie plantacji kakao jest zupełnie analogiczne z urządzeniem plantacji kawy. Podczas gdy kawa jednakże wymaga wiele pracy ręcznej przy oczyszczaniu ziarn, zbieranie kakao, przeciwnie, odbywa się bez wszelkich prawie zachodów. Robotnicy odrywają od pnia dojrzałe melony, łamią je, wyrzucają ziarna na maty do osuszenia, a następnie, gdy takowe nastąpiło, zbierają je w workach, zawierających 100 funtów każdy, a cenionych na rynku w Liverpoolu po 60–70 szylingów (30–35 rs.).
Kwadratowy kilometr zasadzony drzewami kakaowymi (dającymi pierwsze plony po trzech latach), zawiera zwykle 250 000 roślin. Przypuśćmy więc, biorąc wyjątkowo złe warunki, że jedno drzewko daje tylko 1 franka dochodu w przeciągu roku: otrzymamy z tego wcale pokaźną sumę 250 000 fr., w której koszta wynoszą zaledwie 1/5 część, stąd 200 000 fr. czystego dochodu.