Zastanowiwszy się tymczasem nad propozycją hamburskiego agenta, postanowiłem ją przyjąć, tym bardziej że ofiarowywał równocześnie magazyny swej faktorii na pomieszczenie naszego ładunku: rekwizytów i pak, dopóki dom na wyspie Mondoleh nie będzie wykończony. Zacząłem więc zaraz wyładowanie materiałów budowlanych i potrzebnych innych przedmiotów na przystani stacji, gdzie K. Tomczek i L. Janikowski rozbili namiot, by prowadzić roboty. Z „Łucją” zaś i resztą załogi wyruszyłem tego samego dnia na Rzekę Kameruńską.

Obym nigdy nie był przyjmował nieszczęsnej tej propozycji chytrego i zwodniczego berlińczyka!

Rzeka Kameruńska, na której faktoria hamburska powitała nas wystrzałem armatnim, nie przedstawia tego pięknego widoku, jakim witają podróżnika zatoka Ambas i Góry Kameruńskie. Niskie jej brzegi tworzą przy niezmiernie szerokim ujściu bagna mangrowiowe, ciągnące się po prawej stronie rzeki, nawet w zwężonym już wyższym korycie, prawie do samego miasta Hikory. Przeciwległy zaś brzeg przedstawia tu wysokie, stromo ku rzece spadające wzgórze, na którym leżą główne miasta: miasto króla Bella, czyli Belltown, miasto króla Akwy, czyli Akwatown, Didotown oraz kilka mniejszych. Wszystkie te miasta tworzą długi rząd osad, nazywających się razem Kamerunem (Cameroons Anglików). Przed tymi miastami ciągnie się na rzece rząd czarnych pływających faktorii, hulków. Są to stare okręty, z których zdjęto takielaż393 i które postawiono na głuchych kotwicach, pokrywszy je palmowymi dachami. Brzegi uważano dotąd za niezdrowe; znajdowała się na nich wtedy tylko jedna faktoria, a mianowicie ta, z którą mieliśmy do czynienia — hamburska; inne zaś firmy miały na lądzie tylko swe magazyny.

Przez cały dzień snują się po rzece pirogi, zwożące olej i ziarna palmowe do faktorii i hulków. Krajowcy sprawiają przy tym hałas czysto piekielny, Murzyn albowiem przy wszystkim, co czyni, lubi hałas i wrzawę, a Kameruńczycy, czyli plemię Dualla, są zażartymi handlarzami. Wieczorem dopiero handel ustaje. Nie zawsze jednakże następuje wtedy cisza i spokój, wtedy albowiem tak czarni w swych chatach, jak i biali w swych faktoriach, głównie zaś reprezentanci „wielkiego Vaterlandu394” pokrzepiają się po trudach i skwarze dnia elaboratami395 liverpoolskich i hamburskich destylarni.

Kraje kameruńskie, również jak ich wnętrze, będą stanowiły główną treść drugiej części podróży. Teraz, zaledwie przybywszy, nie mieliśmy czasu dokładnie się rozpatrzyć w kraju pomiędzy jego mieszkańcami i zwyczajami.

Po kilku dniach „Łucja” była wyładowana, co pod palącymi promieniami słońca nie było zbyt łatwą pracą. Zmuszony odbywać ciągłe kursy łodziami między okrętem a magazynami faktorii, dokąd zwoziłem paki, dostałem febry, pozbawiającej mnie kilkakrotnie przytomności, a męczącej przez całe dnie. Jest to dług, jaki każdy Europejczyk oddać musi po przybyciu nieznanemu lądowi, z przyczyny zmienionego zupełnie trybu życia i warunków klimatycznych, w jakich się znajduje. W żegludze, zmieniając ciągle miejsce pobytu i powietrze, podróżnik bywa daleko mniej narażony na febry afrykańskie, którym podlega przede wszystkim, przebywając stale na jednym miejscu.

Przy tym Rzeka Kameruńska nie jest zdrowa — dowodem tego są faktorie, które, jak wspominałem, odbywały dotychczas swe interesy na owych hulkach, czyli w mieszkaniach i magazynach pływających.

Wyczekiwałem też z niecierpliwością chwili ukończenia interesów na Rzece Kameruńskiej i powrotu do zatoki Ambas, do budujących nasz dom na wyspie Mondoleh: Tomczeka i Janikowskiego.

Wreszcie dn. 7 maja spisałem kontrakt z agentem faktorii, załogę zwieziono z okrętu dla odesłania jej do Europy, a żwawa „Łucja”, dowiózłszy nas do celu podróży, otrzymała załogę nową, krumańską, wyznaczoną już przez faktorię; syrena Warszawy przestała powiewać nad jej masztami.

Trudno rozstać się marynarzowi z okrętem, który wiózł go wiernie przez dalekie morza, pokazawszy mu niejeden kraj nowy i nauczywszy niejednego. Wiele burz moralnych i fizycznych przeszedłem na niej od czasu, gdy po raz pierwszy stanąłem na jej pokładzie w Hawrze — wiele, bardzo wiele! A jednak gdy mieliśmy się rozstać z poczciwymi tymi deskami, żal mnie ogarnął! Lecz konieczność wymagała tego, a ona jest surowym panem — musieliśmy się pożegnać i pożegnaliśmy się, a to pożegnanie miało za dni kilkanaście zaledwie stać się jej pieśnią łabędzią.