— Pan sądzisz, że masz z frajerem do czynienia — mówił młody obywatel przymrużając lewe oko. — Ja, panie, jestem dublańczyk i wiem, co jest warta taka glinka zmieszana z pewną ilością piasku, bynajmniej nie tłusta... Znajdź pan tu w okolicy taką glinkę i taki kamień.
— Kto wie?... Może i znajdę — powiedział inżynier, wstając i zabierając się do wyjścia.
— No... cóż pan dajesz? Niech słyszę.
— W każdym razie nie więcej jak sto rubli.
Pan Polichnowicz wpadł w głęboką zadumę.
— Dawaj pan na rękę dwieście rubli... i niech tam diabli!...
— Nie, panie — rzekł zimno Bijakowski.
— No, to trudno... Dajesz pan sto pięćdziesiąt?...
Inżynier śmiał się pod wąsem ironicznie.
— Spiszemy kontrakcik... co tam!... Może herbaty?