Był koniec sierpnia, czas orki. Na polach Polichnowicza panował zupełny spokój. Bijakowski nie znał się na gospodarce rolnej, z mozołem odróżniał pszenicę od jęczmienia w kłosie, zastanawiała go wszakże szczególna predylekcja17 dziedzica Zapłocia do ugorów. Te długie, szare smugi gruntu, pokarbowanego niegdyś przez równe zagony, sprawiały wrażenie smutne jak cmentarz. Gdzieniegdzie jednostajną barwę odłogu przerywało pólko ścierniska albo kartofli — za nimi ukazywał się on znowu i ginął aż w oddali, jednocząc się z nieużytkami i pastwiskiem.
Młody dziedzic przychodził codziennie na górę, siadał na kamieniu, ćmił papierosa za papierosem i gawędził.
— Pański folwark — mówił do niego Bijakowski pewnego razu — widziany z tej góry, podobny jest do trupa.
— Dobrze, dobrze... Do trupa! Wziąłem po ojcu folwark źle prowadzony, musiałem zaprowadzić płodozmian umiejętny...
— Płodozmian? Gdzież tu i jakie płody pan zmieniasz? Tu żadnych płodów wcale nie ma.
— Jak to nie ma?
— Nie znam się na tym, ale nie widzę ani żyta...
— A bobik?
— Co za bobik?
— No i bierzesz się pan do krytykowania! Widzisz pan ten pas zielony?