— „Ludzie — woła natura — którzy wskutek danej wam przeze mnie podniety dążycie do szczęścia przez cały czas waszego istnienia, nie opierajcie się mojemu najwyższemu prawu: pracujcie na szczęśliwość...”.
— Czyjeż to są te znowu cyniczne słowa? — spytała surowo.
— Znowu Holbacha. A zresztą... słowa wujaszka Epikura. Mądrość potępiona przez wszystkie ciocie...
Zapanowało dziwne milczenie. Wieczór już spadał. Świerki otaczającego lasu stały tajemnicze, zasnute śniegiem, w objęciach mrozu.
— Gdzież jest szczęście? — rzekła nagle i spojrzała Łukaszowi prosto w oczy.
On milczał.
— Czy... to... jest szczęście — powtórzyła drżąc na całym ciele.
Zdało jej się, że dookoła ziemia drży i kołysze się w dymach.
— Ewo... — wyszeptał. — Po coś to powiedziała?
I wokoło niego stał teraz milczący las, jakby zapalony ogniem nadprzyrodzonym. Ziemia dygotała. Chwiały się w oczach pagórki i mieniły niknące w nocy doliny.