— Niechże pan tupie co tchu i zapłaci Barnawskiej nieprzeliczone dłużki.
— Powoli, powoli... Tupnę tylko na rozkaz pani... Bez tego... dla mnie nie ma... Jeszcze mi pani nic nie odpowiedziała, więc po cóż miałbym sobie psuć miłe wczasy z ciocią-Jagą?
— A prawda, że to jeszcze jakoś nie odpowiedziałam. Ale bo też pan... Żeby pan zaczął staropolskie „konkury”, „starał się” o mnie, zbierał mi o rannej rosie konwalijki, wzdychał choć trochę, grał pod mym oknem na mandolinie, harmonijce albo choć na drumli. Żeby pan, na przykład, zapłakał z miłości. Co, panie Adolfie? A tu tak — prosto z mostu: moja panno z kawiarni — zrobię ci łaskę — ożenię się z tobą. Ale ja wiem, dlaczego to tak... prosto z mostu...
Horst siedział z pochyloną głową. Zamruczał:
— „On nie płakał, nie jęczał”...
— Któż to jest ów — „on”?
— No, Szczerbic.
— Ejże, panie, panie!
— A co, śliczna panno Ewo?
— Byliśmy zawsze przyjaciółmi, dobrymi sąsiadami. Żebyśmy się zaś nie podarli... Więc — nasze kawalerskie!