— Jeszcze niezupełnie... — odrzekła Ewa, siadając naprzeciwko starej damy. — Przyszłam właśnie poradzić się cioci. Co do mnie... Lękam się, że pan Adolf jest dla mnie za młody, za lekkomyślny... Przy tym niedoświadczony...
— Swoich zaś doświadczeń życiowych panna Ewa nie chce ryzykownie ekspensować tylko dla mego szczęścia... — mówił Horst, zwrócony do Barnawskiej jak do sprawiedliwego sędziego.
— Rzeczywiście... — podchwyciła Ewa — wolę już sama dźwigać brzemię moich nieprawości, niż najmować współtragarza. Widzi ciocia, że jestem szczera.
— Bądź sobie szczera czy nieszczera, to mię ani grzeje, ani ziębi. Źle robisz... — perorowała Barnawska z poważnym a dobrodusznym wyrazem twarzy. — Horsta ja znam, dziecko, do gruntu. Któż go zna lepiej ode mnie? A jednak ja ci radzę, ja właśnie. Rozważ — ja radzę. Musiałabyś trzymać to to w łapie — to pewna.
— Ja sądzę — podchwycił — że może już lepiej trzymać to to w zamczystej spiżarni.
— Ale gdyby się zaprzągł do roboty! Przecie to jest, moje dziecko, skończony inżynier z paryskich dróg i mostów, chłop zdolny, zdrowy jak bizon. Wałkoń dziś — nie przeczę — któż by mógł przeczyć?... Ale ten sam wałkoń, gdyby tylko chciał, mógłby lekko zarabiać kilkanaście tysięcy rubli rocznie. Sama bym dopomogła.
— Ależ to z cioci swatka! — zachichotała Ewa.
— No, jużcić wolałabym cię widzieć żoną Horsta niż donną hrabiego Szczerbica.
— Panie Horst!... Słyszysz pan? — rzekła Ewa z wyzywającym uśmiechem. Nozdrza jej rozdęły się, przez oczy przeleciał błysk.
— Nie... bo ciocia jest pobożna, widzi pani... — szeptał cicho Horst.