— Mąż pani gra? — spytała skrycie.
— Tak, pani... — wyszlochała.
— Wszystko przegrał?
— Wszystko.
— Cały majątek?
— Cały, co do joty...
— Co do joty?
— Jeżeli pani nie może... Ja już odejdę, gdyż... Przepraszam...
— Ależ nie! Nie! — krzyknęła Ewa. — Pani nie pójdzie! Dam wszystko, co mam! Wszystko, niech pani weźmie.
Rzuciła się do komody, wydobyła wszystkie pieniądze i wcisnęła je w suche, drgające ręce. Angielka nie mogła liczyć. Patrzyła z jakimś roztargnieniem nieznośnym to tu, to tam. Kilkakroć wykonała ruch, jakby chciała powstać i, wskutek napastujących mdłości, wychodzić. Ewa zatrzymała ją jeszcze delikatnie, osadzając na miejscu.