Gdy tamta wyszła, Ewa poczęła ubierać się — i to od stóp do głów. Bicie serca nie pozwalało myśleć o niczym, zastanawiać się trzeźwo. Tylko sprawa kostiumu. Kładła na siebie wszystko najwykwintniejsze... Jakieś ciemne złudzenie, należące już do przepastnej krainy obłędu, czarowało, że to Warszawa, że to Łukasz przyjeżdża... Struchlenie cielesne tak znane, tak znane... A za nim stoi najgorszy ze śmiechów, najbezwstydniejsza z mądrości... Wszystko to razem... Prędko była gotowa i bez jednej myśli w głowie wyszła.
Szczerbic siedział w pustym pokoju wykwintnej cukierni nad kieliszkiem wina i gazetą. Ujrzawszy Ewę, przybladł mocno i nie mógł się zdecydować, żeby usiąść na swym miejscu.
— Nie wiedziałam, że pan już jedzie... — rzekła bezmyślnie.
— Tak, pani. Już pojadę. Ojciec mię wzywa.
— Zostanie pan w Warszawie przez zimę?
— Zostanę. Tak, zostanę w Warszawie przez zimę. Zresztą... na wsi.
— Dziwnie się pan pokierował w tym roku: lato w Paryżu, jesień w Warszawie... Któż to widział?
— Rzeczywiście. Może w przyszłości poprawię się.
— Trzeba koniecznie.
Uśmiechnął się i z prawdziwie arystokratycznym wdziękiem ukłonił.