Na niczym się to jednak skończyło, gdyż Płaza i nadal chadzał po Wiedniu w swej kurteczce i bez paltota.
— Iw... — szeptał Nycz Ewie pewnego razu — jak ty możesz, nieziemska, bawić się z drabem takim jak ten Pochroń. Ty, tak anielsko piękna — z nim w łóżeczku — hélas171! Przecież to jest drab, un brigand172!
— Wcale nie, papo, wcale nie! Nie znasz Pochronia. To złote serce.
— Serce? Być może! Któż mówił o sercu! Nie o sercu, nieziemska... Zresztą co do jego serca... voyons173...
— Marzysz, papo?
— Posłuchaj, radzę ci, rzuć go! Ja to czuję... on śmierdzi krwią.
— No, więc cóż z tego? Wszyscy śmierdzicie.
— Tego nie możesz mówić! Przesadzasz, egzagerujesz! Skądże wszyscy? Ja, na przykład...
— Jakaż na to rada?
— Dam ci radę! Zrób, wiesz, jak owe dzielne niewiasty w l’Assemblée des femmes174 Arystofanesa albo jak Lizystrata.