Płaza-Spławski patrzał na nią nieruchomymi oczyma.
W pewnej chwili jego zdrowe oko przesunęło się jak szyldwach tam i z powrotem.
— Ewka! daj pokój, daj pokój... — zawołał Pochroń. — Czego drażnisz człowieka!
— Mam już was dosyć! Wy mnie drażnicie!
— Nie krzycz, bo tu za ścianą ludzie mieszkają, a ściany cienkie... — szepnął Pochroń, ściskając ją za rękę powyżej łokcia.
Dawno już nie widziała w jego twarzy takiego wyrazu. Obmierzły strach obleciał ją znowu, strach znieczulający jak chloroform.
— Czy pani napisze do Szczerbica? — spytał Płaza krótko.
— Nie napiszę — odrzekła w szaleństwie oporu.
— Trzeba koniecznie... — szepnął cicho — nie może być inaczej.
Wstał z wolna, wydobył ze swej komody papier listowy, widocznie przygotowany — arkusik angielski, nasycony zapachem perfum koniczyny, kopertę, markę — przysunął pióro i atrament.