— No, to wolę śmierć.
— Jakże pan teraz inny!
— Jak to inny?
— Zupełnie inny.
— Nie mówmy już o tym, proszę pani. Dość mam familijnego szczęścia po całych dniach...
Zatrzymał się przez chwilę, przygryzł wargi. Twarz jego złagodniała. Rzekł cicho:
— Pani często tu bywa na przechadzce?
Nic nie odrzekła. Siedziała ze spuszczoną głową i wyrazem głębokiego rozczarowania na zmartwiałej twarzy.
— Nie — rzekła — nie bywam tu nigdy.
— Czy tak? Więc i jutro... nie będzie pani?