— Szczerbica!... — jęknęła Ewa.
— Kajetana. Bo był drugi Szczerbic, Siżyś, rozumny i milusi, muzyk kochany, to go, jak na złość, w Wiedniu bandyci zamordowali.
— Czy tak? — spytała Ewa.
— A jak spotkam nareszcie tego Kajetana, to trzasnę sześć razy szpicrutą, posiekam fizys na kotlety. Żeby pręgi, jak mój palec, musiał nosić na buzi przez ruski miesiąc! Powiedział o papusiu... No, nie powtórzę!
— A kiedy to pewnie prawda... — śmiał się Bodzanta.
— Och, bo papuś to jest także! — zaperzyła się. Po chwili uspokojona ciągnęła dalej:
— Wszystko dlatego, że papuś już wówczas zamierzał spełnić swój wielki czyn. I mówił czasem, otwierał usta do tego... stada!...
— Och, jakież to ordynarne i niesprawiedliwe słowa!... — z niesmakiem mruknął Bodzanta.
— Bo widzisz, papuś w sam dzień Matki Boskiej Zielnej, w rocznicę moich urodzin, sześć lat temu wyrzekł się władania swymi dobrami.
— Dlaczego? — spytała Ewa niedbale.