Długo trwało milczenie. Naraz Bodzanta rzekł z jąkaniem, które go opanowywało zawsze, gdy był mocno wzruszony:

— Ta woda... ta woda, po której pływa biały i czarny łabędź... Mijają się na wodzie, jak dzień i noc. A zawsze... zawsze do mnie o to jadło wyciągają szyje...

Ewa pojęła, że on mówi prawie o tym samym, co ona myślała. Z podwójną też uwagą wsłuchiwała się w dalsze jąkanie wyrazów:

— Czarny i biały łabędź... łabędź rzuca, każdy z osobna, odbicie swoje w zmącone lustro myśli...

— A kiedy tego nie rozumiem...

Zaśmiał się głośno, zachłysnął się śmiechem mówiąc:

— Ależ bo nie mogę odpowiedzieć... po com ja to wszystko... to wszystko zrobił...

— Ach! — krzyknęła jak ukłuta nożem.

Mówił do niej, ale i do łabędzi, wciąż śmiejąc się załzawionymi oczyma i błyskając białymi zębami:

— Zastawiłem ucztę nie gorszą wcale niż Pompeius Trimalchio212 — cha-cha... Jedzcie i pijcie, przyjaciele! A czy też będziecie, przyjaciele, jak Ascyltos, Giton, jak Habinnas i Fortunata? Czy niższa była ambicja Trymalchiona-dorobkiewicza od mojej wielkopańskiej, któż mi odpowie? Któż mi odpowie, dlaczego zastawiłem tę ucztę Trymalchiona?