— Wolisz — mówił z cicha — brnąć z rozpusty w rozpustę, szukając sposobu na zabicie nudy.
— Co do nudy — to ty jej z pewnością więcej dziennie zażywasz niż ja.
— Cóż twe amerykańskie i mandżurskie kolonie — che-che-che!
— Nic, che-che-che, prosperują. Przyjedź znowu do Ameryki, to ci je pokażę. Pohulamy.
— Jużem, widział, szanowny milionerze, i mam póty!
— Nie widziałeś, proletariuszu, che-che, „jednostko z ludu”, ani dziesiątej części. Gdy zostanę jednym z królów Ameryki środkowej, na początek, dajmy na to, copperkingiem214, zaproszę cię odręcznym pismem.
— Nie przyjadę. Mam dosyć. Znam przecie wszystkie wasze radości, gościnny Lycasie Petroniusza.
— A cóż — znalazłeś nowe w tym zbieraniu po świecie odpadków i niedopałków?
— Znalazłem.
— Więc przyznajesz, że szukałeś rozrywki, zadowolenia próżności, zabijałeś jałowy dzień tak samo jak ja?