Zagłusza go dopiero jęk organów. Do jęku tego przyzwyczajonym być trzeba. Co do mnie, lubię te posępne, dysonansowe tony, podobne do głębokich westchnień nieszczęściem udręczonego chłopa, te ni stąd ni zowąd w pochód tonów poważnych wpadające wesołe allegra, podobne do śpiewki dziewczyny, która upada pod ciężarem pracy w skwarne letnie południe.

Oprócz mnie i pana Anzelma obecny jest zawsze na chórze Tomek czy Szymek — „kalikancista”. Jest to wyrostek mniej więcej dwudziestoletni, mocno ospowaty, z głową w kształcie garnka, porosłą płowym włosem, który czesze tylko w niedziele i święta „z wystawieniem”.

Oczy ma kalikancista blado-niebieskie, patrzące zawsze obojętnie, w próżnię, po chłopsku. Wiosenną porą ubranie jego składa się z dziwnie długiej zgrzebnej koszuli, pod szyją na czerwoną wstążeczkę związanej i przepasanej pasikiem. Z pod koszuli wymykają się spodnie sięgające do kostek. Wielkie z żółtej skóry chodaki bez cholew dopełniają reszty jego odzieży.

Tomek czy Szymek jest własnością zarządu parafii. Wychowano go, nauczono śpiewać godzinki, kalikować, jeździć z dobrodziejem „po kolędzie” i spełniać wszelkie gospodarsko-kościelne obowiązki. Po nabożeństwie pasa bydło. Pan Wiewiórski zapewniał mię niejednokrotnie, że „bestyja” głos ma dobry — „dokumentny”...

Kilka dni temu trafiłem na nabożeństwo żałobne, odprawiane nad trumną młodej dziewczyny, jednej z najładniejszych i najbogatszych gospodarskich córek, zmarłej niespodziewanie...

Nad przyczyną tej dziwnej śmierci namedytowały się już ciotki i kumoszki, naszeptały przyjaciółki. Pierwsze i drugie siedziały obecnie w ławkach i, ocierając mokre od łez twarze, kiwały żałośnie głowami.

Biała, sosnowa, w niebieskie kwiaty pomalowana trumna stała pośrodku kościoła na niskim katafalku, między dwoma szeregami gromnic.

Organista wyśpiewał już Dies illa... wypadało śpiewać „Witaj Królowo nieba”... a że, jak mi się otwarcie przyznał, nie był „w sztosie”, — kazał śpiewać kalikanciście. Mrugając figlarnie powiekami, nachylił mi się do ucha pan Wiewiórski i szeptał:

— Proszę ja pana dobrodzieja, ten, którego tu pan dobrodziej widzi nicpoń, zalecał się także do nieboszczki Sroczanki... Ha ha! A jakże... Bywało poślemy go paść bydło — jużci bydło w życie, a tego niema... Gdzie? Z Marynką na zapłociu wyszczerzają do siebie zęby. W zimie — ani utrzymaj! Tu bydłu trza zadawać, a ten drze pod okna Sroki — mrygać na nieboszczkę, panie świeć jej...

— Miał śpiewać? — wtrąciłem.