— Cóż to jest, żebym ja miała jechać w takim tłoku z dzieckiem i rzeczami. Widział to kto? Panie Dąbrowski, bierz-no pan rzeczy, klatkę...
— Bierz sobie pani sama. Niema miejsca.
— Może sobie nie być miejsca dla nikogo, a dla mnie musi być! Pan masz klucz...
— A mam. Mogę pani dać ten klucz, nawet na całą drogę...
— Zobaczymy, czy panu ujdzie na sucho ta sztuka! Zobaczymy!
— No, jak nie ujdzie, to będę wtedy cierpiał. A dzisiaj pani miejsca nie stworzę.
— Powinieneś pan!
— Nie powinienem.
— A właśnie, żeś pan powinien! — tonem najwyższej już pasyi wykrzykuje krewka dama.
Do tego dyalogu miesza się mały opiekun klatki chłodną i kategoryczną uwagą: