— Czego, pani?
— Czegoś takiego...
— Nic, nic... Niech pani ściśnie mię za rękę. Czegóż się tu bać...
— Tak nie lubię, kiedy ten stary paw krzyczy. Zdaje mi się, że to nie on, tylko...
— Ach, któż to widział!
Zniżyła głowę i, wlepiając ogromne płomienie oczu swych w jego twarz, szeptała:
— Panie konsyliarzu, niech się pan zlituje i trochę, trochę przedłuży mi jeszcze życia. Ja pragnę, muszę jeszcze żyć! Chcę wiedzieć, co będzie z Olesiem! Chcę wiedzieć, co się z nim stanie...
Judym podniósł oczy i zobaczył figurkę ucznia stojącą przy plecionym parkanie. Ten chłopiec płakał ukrywszy twarz w dłoniach.
— To taki jedyny mój syn... On mię tylko jeden kochał... I córki to samo, ale on... Któregoś tu dnia nasza kucharka poszła na jarmark, bo to już teraz każdy robi, co mu się żywnie podoba, to on wziął, sam zabił, oprawił i upiekł mi kurczę na rożnie. Ale zapomniał osolić... Zjadłam calutkie, słowa mu nie mówiłam, że bez soli... Łzami sobie osoliłam te kosteczki...
Słońce zagasło. Zorza jego była ruda i skąpa, siejąca nie światło, lecz trwogę.