— My jeździli, proszę pana doktora, szukać jaśnie panienki, panny Natalii.

— Jak to szukać? — szepnął Judym ze zdumieniem. — Jak to szukać?

Zamiast odpowiedzi panna Joanna zerwała się szybko i wysiadła z bryczki. Twarz jej była udręczona. Całe ciało trzęsło się jak w febrze. Dała Judymowi znać oczyma, że chce mu całą prawdę powiedzieć, ale nie wobec furmana. Odeszli kilka kroków drogą w górę. Felek zrozumiał swą rolę i wstrząsnął z lekka lejcami. Konie ruszyły i noga za nogą, wolniuteńko zstępowały ze wzgórza. Stukanie kół bryczki o korzenie sosen i świerków przerzynających drogę zagłuszało rozmowę.

— Natalka — mówiła panna Joanna — odjechała z domu bez wiedzy babki.

— Czy sama?

— Nie.

— Z panem Karbowskim?

— Tak... z panem, z panem... Karbowskim.

Mówiła otulając się zarzutką, jakby ją przejmowało dręczące zimno:

— Biedna babunia... Tak strasznie nad tym cierpi. Poszła zaraz na grób pana Januarego i leżała w kaplicy krzyżem. Nie wiedzieliśmy... nie wiedzieliśmy, gdzie jest. Taki popłoch!