— Będzie miał pan Karbowski przez czas pewien co puszczać.
Panna Joanna stanęła, jakby sobie coś przypomniała. Rzuciła na Judyma oczami pełnymi blasku i jakby chytrości.
— Ale ja mówię to wszystko i ani mi na myśl nie przyjdzie, jaką to panu musi sprawiać przykrość...
— Mnie? przykrość?
— Ach, przecież... Przecież to i pan kochał się w Natalce... Przepraszam pana bardzo...
— Ja? — rzekł Judym — ja się kochałem?
— Niech mi pan wierzy, że nie przez złość mówiłam to wszystko!
— Próżno by mię pani żałowała, bo nie czuję się wcale zmartwiony. Daję pani na to słowo uczciwego człowieka, że nie kocham się w pannie Natalii. Nie, nie! — zawołał z radością w głosie i oczach — nie kocham się w niej wcale!
To przeczące wyznanie było niby ostatni dźwięk rozmowy. Do dna ją wyczerpało.
Szli jeszcze obok siebie kilkadziesiąt kroków w milczeniu, po prostu nie będąc w możności mówić więcej. Panna Joanna przyspieszyła kroku i rzekła: