— A dlaczego? Przyjdzie do was. O której godzinie?

— Między piątą a siódmą.

— Tam u was, na Długiej ?

— Na Długiej.

— Dobra!

Doktor Chmielnicki zapisał sobie coś w notesiku patrząc do jego wnętrza lewym okiem jak przez lupę, złożył gazetę na sąsiednim stoliku, gdzie właśnie jakaś „piękna Iza” szczerzyła zęby do wymokłego lowelasa, i podał Judymowi prawicę.

— A więc do jutra! Świetna myśl...

— Zobaczymy... — mruknął doktor Tomasz zwieszając głowę.

Gdy doktor Chmielnicki zniknął, pogrążył się w rozmyślaniach:

„Tak, tak... Trzeba dokądś iść, to darmo. Wiktorowa się nie wyżywi, a i ja czyż długo bym potrwał z taką sumą pacjentów jak obecnie. Pojadę. Może nie na zawsze,może na rok, na dwa. Może gdy wrócę, będzie, do stu tysięcy diabłów, co innego”.