Panna Joanna zwróciła na niego oczy, przyjrzała mu się szczerym, rzetelnym spojrzeniem i zamilkła. Szli długo.

Na kresach łąki, po urwisku płaskowzgórza rozrzucone były chaty wsi, do której Judym zdążał. Droga, wąska w nizinie, zmieniała się w szeroki wygon poryty mnóstwem kolein i wygrodzony żerdzianym płotem. Panna Joanna szła tą dużą drogą kilkadziesiąt kroków. Z nagła stanęła i mówiła:

— Pan idzie do wsi?

— Tak, do chorych.

— Ja tam już nie pójdę.

— Dlaczego?

— Nie, nie pójdę.

— Już pani wróci do domu? — pytał z żalem w głosie i oczach.

— Tak, już trzeba wracać. Zresztą... Długo pan tam zabawi?

— Nie bardzo, z jakie pół godziny.