— Jutro...

— Nie mogę być ani chwili, ani chwili;

— Po cóż to było, po co to było?

— Musiałem tak zrobić. To nie ode mnie zależało. Teraz mszczą się na mnie moje własne usiłowania. Gdybym był człowiekiem spokojnym, gdybym się zgodził na wszystko... „Kto zmaga się ze światem, zginąć musi w czasie, by żyć w wieczności”.

Mówił to zdanie z rozkoszą, z pewnym szczególnym a przyjemnym samochwalstwem, z jakąś czułą dumą. Wtedy pierwszy raz pachnące, małe usta znalazły jego wargi i złożyły na nich cudowną pieszczotę.

— Dokąd pojedziesz? — pytała wyrywając się z jego ramion.

— Czy ja wiem? Zapewne do Warszawy. Jeszcze o tym nie myślałem.

— A o czym?

— Zupełnie o czym innym.

— O czym?