Rozdarł papier na kilka części i schował je do kieszeni.

— Przepraszam was! — mówił Korzecki miękkim, delikatnym głosem, jakiego Judym jeszcze nigdy w jego ustach nie słyszał.

— Czy tu zostajemy?

— Ale gdzież tam! Jedziemy dalej.

— A dokąd?

— Do mnie. Ja tu przecie nie mieszkam. To wy się tu może z czasem przyczepicie. Po drodze rzucimy okiem na lecznicę.

— A do was daleko?

— Trzy wiorsty drogi. Jesteście znużeni?

— Dosyć. Chciałbym się przespać.

— Zaraz będziemy w domu. Powiem jeszcze tylko przez telefon, żeby nam przygotowali herbatę.