Czasami spod powiek, niejako z głębi oblicza, błyskały białka oczu. Był to jedyny wyraz tych twarzy, jak u Murzynów. Gniew, radość, uśmiech — wszystko inne okrywała szczelna maska sadzy węglowej.

— Czy mógłbym zobaczyć kopalnię? — zapytał Judym Korzeckiego.

— Ij, dzisiaj? Co wam po tym?

— Jak to, co mi po tym!

— Zamknijcie oczy i będziecie widzieli zupełnie to samo.

— Więc nie można?

— Ale gdzież tam, można, tylko nie myślałem, żeby i wam to dziś kwadrowało298. Skoro jednak... Więc chcecie zejść?

— Chcę, chcę...

— Buła — zwrócił się inżynier do kogoś w tłumie — idź no i przygotuj tam dwa kaganki, buty dla pana, kurtę i kapelusz.

Wkrótce później weszli na dziedziniec. Znowu otoczyło Judyma wczorajsze uczucie na widok sortowni, na widok walców połyskliwych ze spiralnymi karbami, wijących się w oku, jakby się wkręcały w oprawę swoją. Wózki z węglem, przez windę wyrzucone z głębi kopalni, stawały w maleńkich relsach i wysypywały się, pchnięte silnymi rękoma, na ruszty ze spiralnych walców. Stąd grube i kostkowe bryły zlatywały na ruszty niżej położone, a drobny miał i orzeszek węglowy sypał się w sita, które go wypychały na brzeg pochylni.