— Przeciwnie, trzeba podnosić, co tchu podnosić! Niech sobie posprowadzają cylindry z Paryża, paltoty z Wiednia...
Lokaj obniósł półmisek i zmienił talerze.
Był to już wieczór, kiedy po wypiciu herbaty wszyscy, z wyjątkiem panny Heleny, opuścili jadalnię i znaleźli się w gabinecie. Palono cygara. Korzecki z przepyszną miną trzymał w ustach olbrzymie jak marchew. Młody Kalinowicz rozpoczynał dalszy ciąg swej dysputy z ojcem, gdy wtem znowu wszedł lokaj, ostrożnie zbliżył się do Korzeckiego i coś mu szepnął do ucha.
— Ach, do mnie... Zapewne z listem?...
— Nie wiem, proszę łaski pana inżyniera. Mówi, że ma pilny interes.
— Tutaj? — spytał Korzecki z niedbałym ruchem.
Nie wyjmując z ust cygara poszedł za lokajem.
Judym pragnął przyspieszyć koniec tej wizyty, wyjść co prędzej. Ujął pod rękę młodego Kalinowicza i zapytał, dokąd poszedł Korzecki.
— Rozmawia z jakimś posłańcem, który go aż tu odnalazł.
W sercu Judyma przesunęło się marzenie: list od Joasi...