Wtedy drab podniósł głowę i otworzył oczy.
Były to duże, jasnoniebieskie oczy...
Ręka Judyma, w której trzymał kubek, zdrętwiała jakby od gwałtownego zimna.
Przemytnik wypił chciwie jeden kieliszek, drugi, trzeci. Potem, nie kiwnąwszy głową, otworzył drzwi i znikł w czarnej czeluści nocy, którą zalewała nawałnica.
We dwie godziny później Judym wracał z Korzeckim do domu powozem. Deszcz ustał. Była ciemna noc, pełna oparu i wstrętnego chłodu. W mroku niezdobytym zdawały się chodzić cielska mgliste, białawe, zgniłych wyziewów. Drogi były zalane wodą, która spod kół z wrzeszczącym sykiem rozlatywała się na wsze strony. Gdy wyjechali z zaułków, Korzecki wstał ze swego miejsca i trzymając się rękoma sztaby przedniego siedzenia coś furmanowi tłumaczył. Siadając rzekł do Judyma:
— Może zechcecie przejechać się? Czas pyszny! Wilgoć...
Po chwili dodał:
— Możemy jechać do krawca, któremu oddam zaraz ten materiał na ubranie. Po co to mam trzymać w domu? Nieprawdaż? Miejsce tylko zawala i nic więcej...
— Jak uważacie. Co do mnie, to przejechałbym się z ochotą.
— Więc wal, bracie, a ostro, ostro... Dostaniesz tylego rubla jak przednie koło.