— Proszę kolegi, ja każde niedzielne wydanie pism... tych pism antysemickich odchorowuję...
— Po cóż cię wzruszać byle czym!
— Byle czym!
— No tak. Pisma takie wydają szuje, nędzne łajdaki, które na szerzeniu nienawiści między ludźmi, na niszczeniu solidarności robią majątki. Z tego zatrutego posiewu budują sobie kamienice. Ale czy wy sami dużo zrobiliście dla podniesienia żydowskiej masy?
— Czy wiele zrobiliśmy! Życie w to kładziemy. Pracujemy dzień i noc.
— Więc dlaczegóż, kolego, mówisz, że nie mam racji wzywając medyków do roli, jaka im się należy?
— Bo tamto robimy dla Żydów, my, Żydzi. Tu gra rolę miłość.
— Właśnie, właśnie. Miłość! Mało też zrobiliście nadymani przez waszą „miłość”. Ja chciałem udowodnić lekarzom, co powinni czynić pod naciskiem nie miłości bynajmniej, lecz wskazań zimnego rozumu.
Byli na Długiej, przed bramą domu, w którym mieszkał doktor Tomasz. Na odgłos dzwonka doktor Chmielnicki zorientował się dopiero, że gawędząc przycwałował aż tak daleko. Właśnie przejeżdżała dorożka, więc ją zatrzymał i gramoląc się na stopień perorował:
— Kolega się mylisz! Medycyna — to fach.